niedziela, 26 lutego 2017

Jeść przyzwoicie

 Przeczytałam właśnie znakomitę książkę Karen Duve "Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment".
Blisko 24 lata temu, podobnie jak autorka, podjęłam dość radykalną decyzję dotyczącą swojego sposobu odżywiania. W przeciwieństwie do niej nie robiłam tego w ramach eksperymentu. Miałam przed sobą ściśle określony cel. Nie była nim bynajmniej poprawa zdrowia (choć uważam, że to co jemy przynajmniej nie powinno nam szkodzić). Chodziło mi o to, żeby już dłużej nie przyczyniać się do zabijania zwierząt. Podobnie jak Karen Duve, zmiany w diecie wprowadzałam na raty. Za radą wegetariańskiej lekarki w pierwszym miesiącu "rzuciłam" ssaki, w drugim ptaki, a w trzecim ryby. Nie przypominam sobie, żeby to było jakoś specjalnie trudne. Inna rzecz, że (jak to się mówi) "siedziałam" wtedy w domu z małym synkiem i byłam dużo badziej skupiona na gotowaniu niż w obecnie. Gorzej było z jedzeniem na mieście, wyjazdami i reakcjami otoczenia.
Cel osięgnęłam i od prawie ćwierć wieku nie jadam mięsa. Czy jednak osiągnięcie celu nie sprawia, że trochę usypiamy? Owszem nie jadam mięsa, ale wcinam ser podpuszkczowy i noszę skórzane buty, choć zdaję sobie sprawę, że to nie bardzo do tego mojego wegetarianizmu pasuje. Uwiera mnie ta moja niekonsekwencja i już od dłuższego czasu zbieram się, żeby coś z tym zrobić, przekładając to bliżej nieokreslone "coś" na wieczne nigdy (podobnie jak to czyni wielu wrażliwych na los zwierząt niewegetarian, którym mimo dobrych chęci trudno zerwać ze starymi nawykami). No dobrze nie jest tak, że nic przez ten czas nie zmieniałam w swoich konsumenckich nawykach: zrezygnowałam z jajek oznaczonych nr 3 (gorzej z produktami, które jajka zawierają, bo na nich nie ma numerków), unikam produktów z olejem palmowym i kosmetyków testowanych na zwierzętach.

Lektura książki i wspomnienia sprzed tych dwudziestu paru lat nasunęły mi refleksje, że tak naprawdę nie chodzi o osiągnięcie celu. Chodzi o proces. Wiem, brzmi to mało odkrywczo, banalnie, może nawet trochę pretensjonalnie. Ale cóż na to poradzę, tak to właśnie widzę. Dlatego zamiast stawiać jakieś ogólnikowe, odległe cele (jak dotychczas), postanowiłam, że na każdy miesiąc będę wyznaczać sobie konkretne zadanie (podobnie jak to robiła Karen Duve realizując swój eksperyment). Tyle, że nie określam końca sojego "eksperymentu". Fajnie by było, by trwał  on do końca życia, bo przecież świat wokół nieustannie się zmienia i trzeba na to reagować. Chodzi więc również o to, by ze zmienności zrobić nawyk. Moje zadania bedą zdecydowanie mniej radykalne i prostsze do realizacji. Wprowadzanie zmian wymaga sporo energii i czasu, żeby je potem utrwalić. Czasami więc mniej, znaczy skuteczniej, a zależy mi na tym, żeby zmiany, które tą drogą wprowadzę, okazały się przynajmniej tak trwałe, jak moje niejedzenie mięsa.
Postanowiłam też (mimo braku czasu) choćby skrótowo i przynajmniej przez jakiś czas relacjonować swe doświadczenia na blogu. Trochę dlatego, by samą siebie mobilizować, a trochę z podobnych powodów, dla których chodzimy na demonstracje lup podpisujemy petycje: żeby poprzeć pewne zjawiska, a przeciw innym zaprotestować.
Nigdy nie robiłam ze swojego wegetarianizmu wielkiego hallo. Nie próbowałam też wywierać presji. Nawet na na najbliższe osoby. Być może dlatego mój syn i mój mąż sami z siebie postanowili zrezygnować z jedzenia mięsa (ja też nie nie lubię robić rzeczy, do których ktoś mnie próbuje nakłonić). Raczej byłam skłonna traktować konsekwencje tamtej decyzji sprzed dwudziestu parum lat, jako swój osobisty kłopot - wymyśliłam sobie, więc mam, nie bedę nikomu zawracać głowy. Wiele się jednak od tamtego czasu zmieniło i dziś widzę tę kwestię trochę inaczej. Tak zwana przemysłowa produkcja mięsa, nie tylko drastycznie zwiększyła cierpienie zwierząt, lecz również bardzo źle wpływa na kondycję człowieka (choć uważam, że cierpienie zwierząt to wystarczający powód, by zrezygnować z ich jedzenia). Paradoksalnie dotyczy to nie tylko tych osób, które kilka razy dziennie jedzą tanie, złej jakości mięso, lecz również ludzi, którzy produktów z produktów odzwierzęcych w ogóle nie korzystają. Przemysłowe hodowle destruują środowisko: uwalniają więcej gazów cieplarnianych, niż transport, a trzeba też przecież zrobić coś z tonami odchodów. Im więcej "produkuje" się mięsa, tym większy głód wśród ludzi, bo uprawy, dzięki którym można by ich wykarmić, prznacza się na paszę.
Znam temat nie tylko z teorii. Od wielu lat mam okazję obserwować życie na wsi i przy okazji funkcjonowanie współczesnego rolnictwa i fakt ten otworzył mi oczy na sprawy, o których dotychczas nie miałam pojęcia.
W tej sytuacji czuję się zobowiązana upubliczniać fakt, że jestem wegetarianką. Wręcz uważam, że ludziom, którzy ograniczają spożycie mięsa, należałby się jakiś specjalny dodatek za ochronę środowiska. Gdyby kwestia, co kto je była oczywiście możliwa do zweryfikowania i gdyby potencjalne próby takiej weryfikacj nie zbliżały nas do idei wszechobecnej inwigilacji.

Moje pierwsze zadanie nie będzie jednak dotyczyć przyzwoitości wobec zwierząt, lecz przyzwoitości wobec ludzi. Tematem na marzec jest sprawiedliwy handel.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz