Odnowiłam współpracę w ngo.pl i zrobiłam wywiad na ważny dla mnie temat. Wielka radość, czytajcie: Katarzyna Trotzek: Żeby ludzie zaczęli traktować świnie, jak czujące istoty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecam. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 marca 2023
niedziela, 26 lutego 2017
Jeść przyzwoicie
Przeczytałam właśnie znakomitę książkę Karen Duve "Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment".
Blisko 24 lata temu, podobnie jak autorka, podjęłam dość radykalną decyzję dotyczącą swojego sposobu odżywiania. W przeciwieństwie do niej nie robiłam tego w ramach eksperymentu. Miałam przed sobą ściśle określony cel. Nie była nim bynajmniej poprawa zdrowia (choć uważam, że to co jemy przynajmniej nie powinno nam szkodzić). Chodziło mi o to, żeby już dłużej nie przyczyniać się do zabijania zwierząt. Podobnie jak Karen Duve, zmiany w diecie wprowadzałam na raty. Za radą wegetariańskiej lekarki w pierwszym miesiącu "rzuciłam" ssaki, w drugim ptaki, a w trzecim ryby. Nie przypominam sobie, żeby to było jakoś specjalnie trudne. Inna rzecz, że (jak to się mówi) "siedziałam" wtedy w domu z małym synkiem i byłam dużo badziej skupiona na gotowaniu niż w obecnie. Gorzej było z jedzeniem na mieście, wyjazdami i reakcjami otoczenia.
Cel osięgnęłam i od prawie ćwierć wieku nie jadam mięsa. Czy jednak osiągnięcie celu nie sprawia, że trochę usypiamy? Owszem nie jadam mięsa, ale wcinam ser podpuszkczowy i noszę skórzane buty, choć zdaję sobie sprawę, że to nie bardzo do tego mojego wegetarianizmu pasuje. Uwiera mnie ta moja niekonsekwencja i już od dłuższego czasu zbieram się, żeby coś z tym zrobić, przekładając to bliżej nieokreslone "coś" na wieczne nigdy (podobnie jak to czyni wielu wrażliwych na los zwierząt niewegetarian, którym mimo dobrych chęci trudno zerwać ze starymi nawykami). No dobrze nie jest tak, że nic przez ten czas nie zmieniałam w swoich konsumenckich nawykach: zrezygnowałam z jajek oznaczonych nr 3 (gorzej z produktami, które jajka zawierają, bo na nich nie ma numerków), unikam produktów z olejem palmowym i kosmetyków testowanych na zwierzętach.
Lektura książki i wspomnienia sprzed tych dwudziestu paru lat nasunęły mi refleksje, że tak naprawdę nie chodzi o osiągnięcie celu. Chodzi o proces. Wiem, brzmi to mało odkrywczo, banalnie, może nawet trochę pretensjonalnie. Ale cóż na to poradzę, tak to właśnie widzę. Dlatego zamiast stawiać jakieś ogólnikowe, odległe cele (jak dotychczas), postanowiłam, że na każdy miesiąc będę wyznaczać sobie konkretne zadanie (podobnie jak to robiła Karen Duve realizując swój eksperyment). Tyle, że nie określam końca sojego "eksperymentu". Fajnie by było, by trwał on do końca życia, bo przecież świat wokół nieustannie się zmienia i trzeba na to reagować. Chodzi więc również o to, by ze zmienności zrobić nawyk. Moje zadania bedą zdecydowanie mniej radykalne i prostsze do realizacji. Wprowadzanie zmian wymaga sporo energii i czasu, żeby je potem utrwalić. Czasami więc mniej, znaczy skuteczniej, a zależy mi na tym, żeby zmiany, które tą drogą wprowadzę, okazały się przynajmniej tak trwałe, jak moje niejedzenie mięsa.
Postanowiłam też (mimo braku czasu) choćby skrótowo i przynajmniej przez jakiś czas relacjonować swe doświadczenia na blogu. Trochę dlatego, by samą siebie mobilizować, a trochę z podobnych powodów, dla których chodzimy na demonstracje lup podpisujemy petycje: żeby poprzeć pewne zjawiska, a przeciw innym zaprotestować.
Nigdy nie robiłam ze swojego wegetarianizmu wielkiego hallo. Nie próbowałam też wywierać presji. Nawet na na najbliższe osoby. Być może dlatego mój syn i mój mąż sami z siebie postanowili zrezygnować z jedzenia mięsa (ja też nie nie lubię robić rzeczy, do których ktoś mnie próbuje nakłonić). Raczej byłam skłonna traktować konsekwencje tamtej decyzji sprzed dwudziestu parum lat, jako swój osobisty kłopot - wymyśliłam sobie, więc mam, nie bedę nikomu zawracać głowy. Wiele się jednak od tamtego czasu zmieniło i dziś widzę tę kwestię trochę inaczej. Tak zwana przemysłowa produkcja mięsa, nie tylko drastycznie zwiększyła cierpienie zwierząt, lecz również bardzo źle wpływa na kondycję człowieka (choć uważam, że cierpienie zwierząt to wystarczający powód, by zrezygnować z ich jedzenia). Paradoksalnie dotyczy to nie tylko tych osób, które kilka razy dziennie jedzą tanie, złej jakości mięso, lecz również ludzi, którzy produktów z produktów odzwierzęcych w ogóle nie korzystają. Przemysłowe hodowle destruują środowisko: uwalniają więcej gazów cieplarnianych, niż transport, a trzeba też przecież zrobić coś z tonami odchodów. Im więcej "produkuje" się mięsa, tym większy głód wśród ludzi, bo uprawy, dzięki którym można by ich wykarmić, prznacza się na paszę.
Znam temat nie tylko z teorii. Od wielu lat mam okazję obserwować życie na wsi i przy okazji funkcjonowanie współczesnego rolnictwa i fakt ten otworzył mi oczy na sprawy, o których dotychczas nie miałam pojęcia.
W tej sytuacji czuję się zobowiązana upubliczniać fakt, że jestem wegetarianką. Wręcz uważam, że ludziom, którzy ograniczają spożycie mięsa, należałby się jakiś specjalny dodatek za ochronę środowiska. Gdyby kwestia, co kto je była oczywiście możliwa do zweryfikowania i gdyby potencjalne próby takiej weryfikacj nie zbliżały nas do idei wszechobecnej inwigilacji.
Moje pierwsze zadanie nie będzie jednak dotyczyć przyzwoitości wobec zwierząt, lecz przyzwoitości wobec ludzi. Tematem na marzec jest sprawiedliwy handel.
Blisko 24 lata temu, podobnie jak autorka, podjęłam dość radykalną decyzję dotyczącą swojego sposobu odżywiania. W przeciwieństwie do niej nie robiłam tego w ramach eksperymentu. Miałam przed sobą ściśle określony cel. Nie była nim bynajmniej poprawa zdrowia (choć uważam, że to co jemy przynajmniej nie powinno nam szkodzić). Chodziło mi o to, żeby już dłużej nie przyczyniać się do zabijania zwierząt. Podobnie jak Karen Duve, zmiany w diecie wprowadzałam na raty. Za radą wegetariańskiej lekarki w pierwszym miesiącu "rzuciłam" ssaki, w drugim ptaki, a w trzecim ryby. Nie przypominam sobie, żeby to było jakoś specjalnie trudne. Inna rzecz, że (jak to się mówi) "siedziałam" wtedy w domu z małym synkiem i byłam dużo badziej skupiona na gotowaniu niż w obecnie. Gorzej było z jedzeniem na mieście, wyjazdami i reakcjami otoczenia.
Cel osięgnęłam i od prawie ćwierć wieku nie jadam mięsa. Czy jednak osiągnięcie celu nie sprawia, że trochę usypiamy? Owszem nie jadam mięsa, ale wcinam ser podpuszkczowy i noszę skórzane buty, choć zdaję sobie sprawę, że to nie bardzo do tego mojego wegetarianizmu pasuje. Uwiera mnie ta moja niekonsekwencja i już od dłuższego czasu zbieram się, żeby coś z tym zrobić, przekładając to bliżej nieokreslone "coś" na wieczne nigdy (podobnie jak to czyni wielu wrażliwych na los zwierząt niewegetarian, którym mimo dobrych chęci trudno zerwać ze starymi nawykami). No dobrze nie jest tak, że nic przez ten czas nie zmieniałam w swoich konsumenckich nawykach: zrezygnowałam z jajek oznaczonych nr 3 (gorzej z produktami, które jajka zawierają, bo na nich nie ma numerków), unikam produktów z olejem palmowym i kosmetyków testowanych na zwierzętach.
Lektura książki i wspomnienia sprzed tych dwudziestu paru lat nasunęły mi refleksje, że tak naprawdę nie chodzi o osiągnięcie celu. Chodzi o proces. Wiem, brzmi to mało odkrywczo, banalnie, może nawet trochę pretensjonalnie. Ale cóż na to poradzę, tak to właśnie widzę. Dlatego zamiast stawiać jakieś ogólnikowe, odległe cele (jak dotychczas), postanowiłam, że na każdy miesiąc będę wyznaczać sobie konkretne zadanie (podobnie jak to robiła Karen Duve realizując swój eksperyment). Tyle, że nie określam końca sojego "eksperymentu". Fajnie by było, by trwał on do końca życia, bo przecież świat wokół nieustannie się zmienia i trzeba na to reagować. Chodzi więc również o to, by ze zmienności zrobić nawyk. Moje zadania bedą zdecydowanie mniej radykalne i prostsze do realizacji. Wprowadzanie zmian wymaga sporo energii i czasu, żeby je potem utrwalić. Czasami więc mniej, znaczy skuteczniej, a zależy mi na tym, żeby zmiany, które tą drogą wprowadzę, okazały się przynajmniej tak trwałe, jak moje niejedzenie mięsa.
Postanowiłam też (mimo braku czasu) choćby skrótowo i przynajmniej przez jakiś czas relacjonować swe doświadczenia na blogu. Trochę dlatego, by samą siebie mobilizować, a trochę z podobnych powodów, dla których chodzimy na demonstracje lup podpisujemy petycje: żeby poprzeć pewne zjawiska, a przeciw innym zaprotestować.
Nigdy nie robiłam ze swojego wegetarianizmu wielkiego hallo. Nie próbowałam też wywierać presji. Nawet na na najbliższe osoby. Być może dlatego mój syn i mój mąż sami z siebie postanowili zrezygnować z jedzenia mięsa (ja też nie nie lubię robić rzeczy, do których ktoś mnie próbuje nakłonić). Raczej byłam skłonna traktować konsekwencje tamtej decyzji sprzed dwudziestu parum lat, jako swój osobisty kłopot - wymyśliłam sobie, więc mam, nie bedę nikomu zawracać głowy. Wiele się jednak od tamtego czasu zmieniło i dziś widzę tę kwestię trochę inaczej. Tak zwana przemysłowa produkcja mięsa, nie tylko drastycznie zwiększyła cierpienie zwierząt, lecz również bardzo źle wpływa na kondycję człowieka (choć uważam, że cierpienie zwierząt to wystarczający powód, by zrezygnować z ich jedzenia). Paradoksalnie dotyczy to nie tylko tych osób, które kilka razy dziennie jedzą tanie, złej jakości mięso, lecz również ludzi, którzy produktów z produktów odzwierzęcych w ogóle nie korzystają. Przemysłowe hodowle destruują środowisko: uwalniają więcej gazów cieplarnianych, niż transport, a trzeba też przecież zrobić coś z tonami odchodów. Im więcej "produkuje" się mięsa, tym większy głód wśród ludzi, bo uprawy, dzięki którym można by ich wykarmić, prznacza się na paszę.
Znam temat nie tylko z teorii. Od wielu lat mam okazję obserwować życie na wsi i przy okazji funkcjonowanie współczesnego rolnictwa i fakt ten otworzył mi oczy na sprawy, o których dotychczas nie miałam pojęcia.
W tej sytuacji czuję się zobowiązana upubliczniać fakt, że jestem wegetarianką. Wręcz uważam, że ludziom, którzy ograniczają spożycie mięsa, należałby się jakiś specjalny dodatek za ochronę środowiska. Gdyby kwestia, co kto je była oczywiście możliwa do zweryfikowania i gdyby potencjalne próby takiej weryfikacj nie zbliżały nas do idei wszechobecnej inwigilacji.
Moje pierwsze zadanie nie będzie jednak dotyczyć przyzwoitości wobec zwierząt, lecz przyzwoitości wobec ludzi. Tematem na marzec jest sprawiedliwy handel.
środa, 20 kwietnia 2016
Osobisty detektyw - ponownie
Jak już tu kiedyś wspominałam pewna bliska osoba poprosiła mnie, żebym pomogła wypromować blog
założony przez kogoś, kto kumpluje się ze znajomą znajomego, znajomej... itp. itd. Robię to z coraz większym przekonaniem (np. udostępniam posty na FB), ponieważ opowiadana tam historia tajemniczego śledztwa jest naprawdę wciągająca i rozwija się w coraz bardziej intrygujący sposób.
Tajemniczy bloger/blogerka (wszystkie wpisy skonstruowane są w ten sposób, że nie wiadomo, czy pisze kobieta, czy mężczyzna) tak się przedstawia: „Nie mogę ujawnić swojej tożsamości. Postaram się jednak pisać tak, by opowiedzieć jak najwięcej, jak najmniej zdradzając.”
Blog nosi bardzo adekwatny tytuł „Osobisty detektyw”: http://osobisty-detektyw.blogspot.com
Od pewnego czasu posiada też stronę na FB: https://www.facebook.com/Osobisty-Detektyw-549643985217218/ Zachęcam do polubienia i oczywiście zapraszam do czytania bloga. Początek historii znajdziesz tutaj. Potem wystarczy kliknąć w "nowszy post" pod wpisem, by przejść do kolejnego "odcinka".
Tajemniczy bloger/blogerka (wszystkie wpisy skonstruowane są w ten sposób, że nie wiadomo, czy pisze kobieta, czy mężczyzna) tak się przedstawia: „Nie mogę ujawnić swojej tożsamości. Postaram się jednak pisać tak, by opowiedzieć jak najwięcej, jak najmniej zdradzając.”
Blog nosi bardzo adekwatny tytuł „Osobisty detektyw”: http://osobisty-detektyw.blogspot.com
Od pewnego czasu posiada też stronę na FB: https://www.facebook.com/Osobisty-Detektyw-549643985217218/ Zachęcam do polubienia i oczywiście zapraszam do czytania bloga. Początek historii znajdziesz tutaj. Potem wystarczy kliknąć w "nowszy post" pod wpisem, by przejść do kolejnego "odcinka".
niedziela, 14 lutego 2016
Pomoc małym pacjentom oddziału psychiatrii
Nastoletnia Amelia zbiera fundusze na Zakup wyposażenia do sali sportowej i sali cichej terapii na Psychiatrycznym Oddziale Dziecięcym w Mazowieckim Centrum Neuropsychiatrii w Józefowie.
Wspierajcie!
https://wspieram.to/projekt/6034/pomoc-maym-pacjentom-oddziau-psychiatrii
Wspierajcie!
https://wspieram.to/projekt/6034/pomoc-maym-pacjentom-oddziau-psychiatrii
wtorek, 9 lutego 2016
Osobisty detektyw
Pewna bliska osoba poprosiła mnie, żebym pomogła wypromować blog założony przez kogoś, kto kumpluje się ze znajomą znajomego znajomej... trochę się w tych koligacjach pogubiłam. Na razie niespecjalnie wiem o co chodzi, ale bardzo lubię tę osobę i cenię jej gust, nie mówiąc o tym, że blog zaczyna się nadzwyczaj zagadkowo, więc... czemu nie :)
Tajemniczy bloger/blogerka (pierwszy post skonstruowany jest w ten sposób, że nie wiadomo, czy pisze kobieta, czy mężczyzna) tak się przedstawia: „Nie mogę ujawnić swojej tożsamości. Postaram się jednak pisać tak, by opowiedzieć jak najwięcej, jak najmniej zdradzając.”
Jest też chyba fanem/fanką Lyncha, bo motto zaczerpnięte jest książki "W pogoni za Wielką Rybą" napisanej przez reżysera. Blog nosi też nico lynchowski tytuł „Osobisty detektyw”
Zapraszam! Sama jestem ciekawa, co będzie się działo!
http://osobisty-detektyw.blogspot.com
Tajemniczy bloger/blogerka (pierwszy post skonstruowany jest w ten sposób, że nie wiadomo, czy pisze kobieta, czy mężczyzna) tak się przedstawia: „Nie mogę ujawnić swojej tożsamości. Postaram się jednak pisać tak, by opowiedzieć jak najwięcej, jak najmniej zdradzając.”
Jest też chyba fanem/fanką Lyncha, bo motto zaczerpnięte jest książki "W pogoni za Wielką Rybą" napisanej przez reżysera. Blog nosi też nico lynchowski tytuł „Osobisty detektyw”
Zapraszam! Sama jestem ciekawa, co będzie się działo!
http://osobisty-detektyw.blogspot.com
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Stare fotografie i rodzinne recepty...
Negatyw zdjęcia, które widzicie powyżej został "odkopany" przy okazji przygotowań do nowego filmu dokumentalnego mojego syna. Fotografia pochodzi sprzed 23 lat i przedstawia... mnie i... jego zarazem (na zdjęciu jestem w ciąży). Niedawno (dzięki projektowi syna) po raz pierwszy zobaczyłam ten obrazek w pozytywie.
W tajemniczych zakamarkach mojego domu zalega sporo, nie mniej tajemniczych, slajdów, odbitek i negatywów, czekających latami na właściwą "okazję". Toteż bardzo się ucieszyłam, że temat, który wybrał mój syn zmobilizował mnie do spenetrowania tych "czeluści" i pozwolił na małą sentymentalną podróż. Zwłaszcza, że z każdym zdjęciem związana jest jakaś historia. Z tym oczywiście również. Pytanie, które nasuwa się w pierwszej chwili dotyczy zapewne mojego, że tam się wyrażę, stroju. Dlaczego jestem w masce przeciwgazowej?
Cóż za pytanie?
Oczywiście dlatego, że będąc w ciąży malowałam dyplom na ASP (stąd specyficzne pochlapane farbami wdzianko) i chciałam ochronić "dzidziusia" przed zgubnymi skutkami malarstwa.
Wciąż nie rozumiecie, o co chodzi?
Otóż... wszystko zależy od technik malarskich, jakie się stosuje. Ja od czasu do czasu sypałam pigment i nie chciałam tego pigmentu wdychać. Oczywiście niebagatelnym powodem skłaniającym mnie do sięgnięcia po tak radykalny środek ochrony był fakt, że uznałam to za zabawne i fotogeniczne. Prawdę mówiąc, nie robiłam nic co zmuszało by mnie do tak daleko posuniętej ostrożności - z okazji ciąży zrezygnowałam nawet z malowania farbami olejnymi (żeby nie wdychać terpentyny) na rzecz dużo bardziej przyjaznej w tych okolicznościach tempery jajowo-olejnej.
Przy okazji fotograficznej podróży w przeszłość mojego syna przypomniałam sobie również kilka własnych niezrealizowanych okołofotograficznych pomysłów - może wreszcie zmobilizuję się, żeby się za nie zabrać.
Na razie jednak zachęcam do zapoznania się z filmowym projektem syna.
Tu link do prezentacji jego projektu na portalu Wspieram Kulturę:
http://wspieramkulture.pl/projekt/816-Ide-po-rade
A oto, co sam autor pisze o swoim projekcie:
Mój film będzie się opierał na eksperymencie - przez okres zdjęć będę spotykał się z moimi bliskimi, głównie rodziną - tą najbliższą i tą, z którą nie miałem kontaktu od lat.
Chcę odbyć z nimi rozmowy na temat ich życiowych wyborów i wydarzeń, które miały na nich największy wpływ.
Każda z tych dyskusji ma doprowadzić do sformułowania zadania / rady, której zrealizowanie, ich zdaniem, pomoże mi przyszłym, dorosłym życiu. Każde z tych zadań będę musiał wcielić w życie i to też stanie się częścią akcji filmu.
Jeśli chcesz zobaczyć gdzie doprowadzą mnie dobre rady, wesprzyj ten projekt!
Liczę na to, że mój film stanie się opowieścią, która będzie na pewien sposób uniwersalna.
Chcę opowiedzieć o rodzinie i o tym jak pewne decyzje i wydarzenia mają wpływ i determinują życie kolejnych pokoleń.
Chciałbym pokazać, jak poprzez nasze doświadczenie, wybory “tworzymy” nasze dzieci, wnuki i bliskich.
W tajemniczych zakamarkach mojego domu zalega sporo, nie mniej tajemniczych, slajdów, odbitek i negatywów, czekających latami na właściwą "okazję". Toteż bardzo się ucieszyłam, że temat, który wybrał mój syn zmobilizował mnie do spenetrowania tych "czeluści" i pozwolił na małą sentymentalną podróż. Zwłaszcza, że z każdym zdjęciem związana jest jakaś historia. Z tym oczywiście również. Pytanie, które nasuwa się w pierwszej chwili dotyczy zapewne mojego, że tam się wyrażę, stroju. Dlaczego jestem w masce przeciwgazowej?
Cóż za pytanie?
Oczywiście dlatego, że będąc w ciąży malowałam dyplom na ASP (stąd specyficzne pochlapane farbami wdzianko) i chciałam ochronić "dzidziusia" przed zgubnymi skutkami malarstwa.
Wciąż nie rozumiecie, o co chodzi?
Otóż... wszystko zależy od technik malarskich, jakie się stosuje. Ja od czasu do czasu sypałam pigment i nie chciałam tego pigmentu wdychać. Oczywiście niebagatelnym powodem skłaniającym mnie do sięgnięcia po tak radykalny środek ochrony był fakt, że uznałam to za zabawne i fotogeniczne. Prawdę mówiąc, nie robiłam nic co zmuszało by mnie do tak daleko posuniętej ostrożności - z okazji ciąży zrezygnowałam nawet z malowania farbami olejnymi (żeby nie wdychać terpentyny) na rzecz dużo bardziej przyjaznej w tych okolicznościach tempery jajowo-olejnej.
Przy okazji fotograficznej podróży w przeszłość mojego syna przypomniałam sobie również kilka własnych niezrealizowanych okołofotograficznych pomysłów - może wreszcie zmobilizuję się, żeby się za nie zabrać.
Na razie jednak zachęcam do zapoznania się z filmowym projektem syna.
Tu link do prezentacji jego projektu na portalu Wspieram Kulturę:
http://wspieramkulture.pl/projekt/816-Ide-po-rade
A oto, co sam autor pisze o swoim projekcie:
Mój film będzie się opierał na eksperymencie - przez okres zdjęć będę spotykał się z moimi bliskimi, głównie rodziną - tą najbliższą i tą, z którą nie miałem kontaktu od lat.
Chcę odbyć z nimi rozmowy na temat ich życiowych wyborów i wydarzeń, które miały na nich największy wpływ.
Każda z tych dyskusji ma doprowadzić do sformułowania zadania / rady, której zrealizowanie, ich zdaniem, pomoże mi przyszłym, dorosłym życiu. Każde z tych zadań będę musiał wcielić w życie i to też stanie się częścią akcji filmu.
Jeśli chcesz zobaczyć gdzie doprowadzą mnie dobre rady, wesprzyj ten projekt!
Liczę na to, że mój film stanie się opowieścią, która będzie na pewien sposób uniwersalna.
Chcę opowiedzieć o rodzinie i o tym jak pewne decyzje i wydarzenia mają wpływ i determinują życie kolejnych pokoleń.
Chciałbym pokazać, jak poprzez nasze doświadczenie, wybory “tworzymy” nasze dzieci, wnuki i bliskich.
(Iwo Kondefer)
piątek, 5 lipca 2013
Znacie miejsce, w którym anioły udzielają wywiadów?
Ja znam :)
Jeżeli i wy chcecie je poznać - zajrzyjcie na mojego warmińskiego bloga. A najlepiej również na portal ngo.pl, na której opublikowałam trochę bardziej oficjalną wersję fotorelacji ze Zlotu Aniołów.
Jeżeli i wy chcecie je poznać - zajrzyjcie na mojego warmińskiego bloga. A najlepiej również na portal ngo.pl, na której opublikowałam trochę bardziej oficjalną wersję fotorelacji ze Zlotu Aniołów.
niedziela, 24 marca 2013
Dom na Warmii, czyli "Ratunku, marzenia!" dla nieco starszego Czytelnika
Jak dobrze podpisać umowę na kolejną książkę. Człowiek natychmiast odczuwa przypływ energii. Ja z tej okazji przeanalizowałam dwa "tomy" moich młodzieńczych dzienników i założyłam nowego bloga. Słowem wszystko, żeby nie zabrać się do pisania ;) Pragnę jednak uspokoić Wydawcę, jeśli trafi przypadkiem na ten wpis. To w ogóle nie wpływa na efekt końcowy. Do książki, która właśnie poszła, że tak się wyrażę, do produkcji też podchodziłam jak pies do jeża, a kiedy wróciła do mnie z drobnymi redakcyjnymi poprawkami musiałam stwierdzić, że nawet mi się podoba.
Tymczasem zapraszam na mój (nasz, bo prowadzę go z mężem) nowy blog. Jest to swoiste połączenie klimatów z książki "Ratunku, marzenia!" (w wersji dla dorosłych) i obecnego tutaj warmińskiego wątku plus to wszystko co się tam nie zmieściło :)
Zaglądajcie, komentujcie...
Tymczasem zapraszam na mój (nasz, bo prowadzę go z mężem) nowy blog. Jest to swoiste połączenie klimatów z książki "Ratunku, marzenia!" (w wersji dla dorosłych) i obecnego tutaj warmińskiego wątku plus to wszystko co się tam nie zmieściło :)
Zaglądajcie, komentujcie...
niedziela, 17 marca 2013
Co prawda jeden grzybek wiosny nie czyni ;), ale... warto spróbować :)
Kolejny sposób na prasowanie kalki. Tym razem, jednak, trzeba przygotować szablon w postaci... dziury ;). Znakomity sposób na tworzenie czarno-białych oraz kolorowych ilustracji. Sprawdza się również w pracy z dziećmi i młodzieżą. Kolejna kalkoinstrukcja już na stronie :)
ZAPRASZAM!!!
ZAPRASZAM!!!
poniedziałek, 4 lutego 2013
Non - Papierowa Kronika Blogowa
3 luty, czyli Antonisz - rodzinny wypad do Zachęty, w której prezentowanych jest obecnie kilku artystów. Choć jeden z nich był moim kolegą ze studiów, a drugi profesorem - dla mnie jest to wystawa jednego artysty i prawdę mówiąc nie miałabym nic przeciwko temu, by dzieła Antonisza wypełniły całą przestrzeń galerii. Osobiście przeszkadzało mi w odbiorze stłoczenie jego prac na stosunkowo niewielkiej przestrzeni, a zwłaszcza mieszające się ścieżki dźwiękowe z różnych jego filmów.
Ale to i tak dla mnie wielka radość, że mogłam "podejrzeć" to, co się za jego animacjami kryje!!! Cieszę się też z katalogu, który kupiliśmy po wystawie. I oczywiście z dołączonej do niego płytki z filmami.
1 luty - życzeń moc i moc w nich zawarta, czyli moje urodziny. Miły, zwyczajny dzień. Udało mi się dokończyć wstępną wersję książki z fortepianem w roli głównej. Odwiedziłam też pewną rekonwalescentkę, a w ramach tych odwiedzin zrobiłam m.in. zakupy w Biedronce Biedronek, do której, "przyjeżdżają nawet ludzie z innych Biedronek" (cytuję rekonwalescentkę). Potem sympatyczny urodzinowy wieczór m.in. pyszna pizza przygotowana przez męża. Poza tym mnóstwo życzeń: telefonicznych, na żywo i wirtualnych. To było niezwykłe i bardzo wzruszające doświadczenie. Zwłaszcza, że życzenia pokazują nie tylko to, czego ludzie nam ludzie życzą...
Kochana Dorotko!!!! Niech Twoja kalkografia Cię rozsławi na świat i okolice a książki będą tłumaczone na kurdyjski, urdu, suahili, walijski i wiele innych też! I dużo energii, pomysłów, radości i miłości. I ostrożnie z marzeniami... :)
(życzenia od O. na FB.)
Dobrze wiesz, że Ci dobrze życzę każdego dnia... Uśmiechu, zadowolenia z tego, co robisz, szczęścia, pogody ducha. Słońca dużo...
(życzenia od W. na FB)
...lecz również to jak nas widzą.
Dorotko! Oby ta wielka Moc, która jest w Tobie rosła, rosła i wyniosła Cię aż do gwiazd.
(życzenia od J na FB)
Dorka, talentów wielu życzyć Ci nie muszę, uśmiechu też Ci nie brakuje, marzenia swoje spełniasz każdego dnia... Życzę Ci więc, żeby już zawsze było tak cudnie jak jest teraz:)
(życzenia od O.O. na FB)
Cytuję tutaj te słowa, bym mogła zawsze dostęp do tego szczególnego "zwierciadła" ze słów. Zwłaszcza w gorszych chwilach. Okazuje się, że warto czasem przejrzeć się w urodzinowych życzeniach.
Na zakończenie ostrzeżenie - do jednego z życzeń dołączono gratis klątwę ;) Uśmiałam się do łez.
A kto życzeń ci nie złoży postąpi nie ładnie
Temu jajco w nocy spuchnie lub cycek odpadnie!
100 lat szczęścia, zdrowia i wszelkich pomyślności. :)
(życzenia od MKP na FB)
Ale to i tak dla mnie wielka radość, że mogłam "podejrzeć" to, co się za jego animacjami kryje!!! Cieszę się też z katalogu, który kupiliśmy po wystawie. I oczywiście z dołączonej do niego płytki z filmami.
1 luty - życzeń moc i moc w nich zawarta, czyli moje urodziny. Miły, zwyczajny dzień. Udało mi się dokończyć wstępną wersję książki z fortepianem w roli głównej. Odwiedziłam też pewną rekonwalescentkę, a w ramach tych odwiedzin zrobiłam m.in. zakupy w Biedronce Biedronek, do której, "przyjeżdżają nawet ludzie z innych Biedronek" (cytuję rekonwalescentkę). Potem sympatyczny urodzinowy wieczór m.in. pyszna pizza przygotowana przez męża. Poza tym mnóstwo życzeń: telefonicznych, na żywo i wirtualnych. To było niezwykłe i bardzo wzruszające doświadczenie. Zwłaszcza, że życzenia pokazują nie tylko to, czego ludzie nam ludzie życzą...
Kochana Dorotko!!!! Niech Twoja kalkografia Cię rozsławi na świat i okolice a książki będą tłumaczone na kurdyjski, urdu, suahili, walijski i wiele innych też! I dużo energii, pomysłów, radości i miłości. I ostrożnie z marzeniami... :)
(życzenia od O. na FB.)
Dobrze wiesz, że Ci dobrze życzę każdego dnia... Uśmiechu, zadowolenia z tego, co robisz, szczęścia, pogody ducha. Słońca dużo...
(życzenia od W. na FB)
...lecz również to jak nas widzą.
Dorotko! Oby ta wielka Moc, która jest w Tobie rosła, rosła i wyniosła Cię aż do gwiazd.
(życzenia od J na FB)
Dorka, talentów wielu życzyć Ci nie muszę, uśmiechu też Ci nie brakuje, marzenia swoje spełniasz każdego dnia... Życzę Ci więc, żeby już zawsze było tak cudnie jak jest teraz:)
(życzenia od O.O. na FB)
Cytuję tutaj te słowa, bym mogła zawsze dostęp do tego szczególnego "zwierciadła" ze słów. Zwłaszcza w gorszych chwilach. Okazuje się, że warto czasem przejrzeć się w urodzinowych życzeniach.
Na zakończenie ostrzeżenie - do jednego z życzeń dołączono gratis klątwę ;) Uśmiałam się do łez.
A kto życzeń ci nie złoży postąpi nie ładnie
Temu jajco w nocy spuchnie lub cycek odpadnie!
100 lat szczęścia, zdrowia i wszelkich pomyślności. :)
(życzenia od MKP na FB)
niedziela, 27 stycznia 2013
Fortepian
Piszę właśnie książeczkę dla dzieci. Jednym z jej najważniejszych bohaterów jest... fortepian.
Dlaczego akurat ten instrument?
Może dlatego, że zdrobnienie jego nazwy rymuje się z imieniem opisanej w książce postaci. A swoją drogą, czy można zdrobniale mówić o instrumentach? ;) Puzonik, mandolinka, kontrabasik, wiolonczelka to brzmi nieszczególnie. Jednak "skrzypki" są w powszechnym użyciu. A fortepianek? Właściwie czemu nie!
A może to z powodu wspomnień z dzieciństwa? W naszym niedużym, dwupokojowym mieszkaniu na warszawskim Rakowcu znalazło się miejsce na ten pokaźny instrument, choć, oczywiście, pianino byłoby "pręczniejsze". Na fortepianie grał mój młodszy brat - uczeń szkoły muzycznej. Ja, niestety, grać się nie nauczyłam. Ani na fortepianie, ani na żadnym innym instrumencie. Umiałam oczywiście wystukać na klawiaturze kilka prostych melodyjek, próbowałam wymyślać własne. Ale to wszystko. Do dziś jednak doskonale pamiętam czarnego olbrzyma stojącego w większym pokoju. Chyba nawet lepiej niż wiolonczelę, która przez lata była głównym instrumentem mojego brata. A słowo "fortepian" wywołuje falę obrazów z dzieciństwa.
I nie tylko.
Kilka dni temu w przerwie między pisaniem, a drugim śniadaniem przypomniał mi się film (zdecydowanie nie dla dzieci), który oglądałam kilkanaście lat temu i który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że do dziś nie miałam odwagi obejrzeć go ponownie. Ten film to "Fortepian" Jane Campion.
Wystarczył rzut oka na stronę filmu Filmwebie, bym przekonała się, jak dużo przez te lata zapomniałam. Użytkownicy rozpisywali się na temat sceny erotycznej, której ja zupełnie nie mogę sobie przypomnieć. Trochę to dziwne, ponieważ uwielbiam piękne, intensywne sceny erotyczne. Takie w których widać prawdziwą chemię, a nie tylko urodę ciał. A ta z "Fortepianu" ponoć do takich należała.
Może dlatego jej nie pamiętam, że "Fortepian" jest dla mnie filmem nie tyle o miłości, co raczej o tym , jak miłość i namiętność potrafią otworzyć na życie.
Dlatego najlepiej pamiętam scenę, w której fortepian ciągnie na dno oceanu przywiązaną do niego (dosłownie i w przenośni) Adę. Ona jednak się uwalnia, a instrument, który był dla niej nieomal wszystkim, był zamiast życia opada na dno oceanu.
Gdybym to ja nakręciła ten film, zadedykowałabym go tym wszystkim, którzy też mają swój "fortepian" zatopiony na dnie oceanu. Bo warto o tym ukrytym w głębinach "fortepianie" pamiętać. Ponieważ pozostanie tam na zawsze, niezależnie od tego jak dawno z naszego życia zniknął.
Paradoksalnie w mojej historii jest dokładnie na odwrót. To właśnie pojawienie się fortepianu pozwala małemu bohaterowi powrócić do życia.
Czemu o tym wszystkim piszę? Być może musiałam wywołać te wszystkie obrazy i emocje, żeby powrócić do pracy nad książeczką, która szła mi, prawdę mówiąc, dosyć opornie. Widać już tak mam, że nawet pisząc prostą, zabawna historyjkę dla dzieci muszę sięgnąć do swych osobistych głębin. Niezależnie od tego, czy później będzie to widać w tekście.
P.S. Post ten pisałam przez kilka dni. Wciąż coś mi przerywało. Pewno dlatego jest nieco chropawy. Trudno. Udało mi się go skończyć właśnie dziś - w urodziny mojego brata. Tego samego, który grywał kiedyś na fortepianie.
Dlaczego akurat ten instrument?
Może dlatego, że zdrobnienie jego nazwy rymuje się z imieniem opisanej w książce postaci. A swoją drogą, czy można zdrobniale mówić o instrumentach? ;) Puzonik, mandolinka, kontrabasik, wiolonczelka to brzmi nieszczególnie. Jednak "skrzypki" są w powszechnym użyciu. A fortepianek? Właściwie czemu nie!
A może to z powodu wspomnień z dzieciństwa? W naszym niedużym, dwupokojowym mieszkaniu na warszawskim Rakowcu znalazło się miejsce na ten pokaźny instrument, choć, oczywiście, pianino byłoby "pręczniejsze". Na fortepianie grał mój młodszy brat - uczeń szkoły muzycznej. Ja, niestety, grać się nie nauczyłam. Ani na fortepianie, ani na żadnym innym instrumencie. Umiałam oczywiście wystukać na klawiaturze kilka prostych melodyjek, próbowałam wymyślać własne. Ale to wszystko. Do dziś jednak doskonale pamiętam czarnego olbrzyma stojącego w większym pokoju. Chyba nawet lepiej niż wiolonczelę, która przez lata była głównym instrumentem mojego brata. A słowo "fortepian" wywołuje falę obrazów z dzieciństwa.
I nie tylko.
Kilka dni temu w przerwie między pisaniem, a drugim śniadaniem przypomniał mi się film (zdecydowanie nie dla dzieci), który oglądałam kilkanaście lat temu i który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że do dziś nie miałam odwagi obejrzeć go ponownie. Ten film to "Fortepian" Jane Campion.
Wystarczył rzut oka na stronę filmu Filmwebie, bym przekonała się, jak dużo przez te lata zapomniałam. Użytkownicy rozpisywali się na temat sceny erotycznej, której ja zupełnie nie mogę sobie przypomnieć. Trochę to dziwne, ponieważ uwielbiam piękne, intensywne sceny erotyczne. Takie w których widać prawdziwą chemię, a nie tylko urodę ciał. A ta z "Fortepianu" ponoć do takich należała.
Może dlatego jej nie pamiętam, że "Fortepian" jest dla mnie filmem nie tyle o miłości, co raczej o tym , jak miłość i namiętność potrafią otworzyć na życie.
Dlatego najlepiej pamiętam scenę, w której fortepian ciągnie na dno oceanu przywiązaną do niego (dosłownie i w przenośni) Adę. Ona jednak się uwalnia, a instrument, który był dla niej nieomal wszystkim, był zamiast życia opada na dno oceanu.
Gdybym to ja nakręciła ten film, zadedykowałabym go tym wszystkim, którzy też mają swój "fortepian" zatopiony na dnie oceanu. Bo warto o tym ukrytym w głębinach "fortepianie" pamiętać. Ponieważ pozostanie tam na zawsze, niezależnie od tego jak dawno z naszego życia zniknął.
Paradoksalnie w mojej historii jest dokładnie na odwrót. To właśnie pojawienie się fortepianu pozwala małemu bohaterowi powrócić do życia.
Czemu o tym wszystkim piszę? Być może musiałam wywołać te wszystkie obrazy i emocje, żeby powrócić do pracy nad książeczką, która szła mi, prawdę mówiąc, dosyć opornie. Widać już tak mam, że nawet pisząc prostą, zabawna historyjkę dla dzieci muszę sięgnąć do swych osobistych głębin. Niezależnie od tego, czy później będzie to widać w tekście.
P.S. Post ten pisałam przez kilka dni. Wciąż coś mi przerywało. Pewno dlatego jest nieco chropawy. Trudno. Udało mi się go skończyć właśnie dziś - w urodziny mojego brata. Tego samego, który grywał kiedyś na fortepianie.
sobota, 1 grudnia 2012
Lalek
Kim jest ów pan na zdjęciu powyżej? To mój filmowy partner.
Dokładnie tydzień temu zagrałam w ćwiczeniu szkolnym swojego syna. Była to pierwsza w mojej karierze rola łóżkowa ;). Grałam już rolę kanapową, rolę stołową..., ale łóżkowej - nigdy. Co ciekawe łóżkowa rola okazała się całkiem nieerotyczna.Rozczarowani? Trudno. Dodam, że na planie sporo prasowałam. Taki już widać mój los. Czasem prasuję jako graficzka, czasem jako aktorka.
To by było na tyle, żeby nie zdradzić zbyt wiele z fabuły. Zresztą, mam nadzieję, już wkrótce będę mogła te kilka ujęć pokazać.
Dodam, że Lalek (tak go ostatnio nazywamy) wystąpił wcześniej w roli gwiazdy telewizji... podczas sesji fotograficznej mojego męża, (efekt widzicie powyżej).
P.S. Autorem zdjęcia jest Darek Kondefer, a ćwiczenie kręcił Iwo Kondefer.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Sezon 2. Odcinek 4. ZMIANY!!!
Radiowcy firmują projekt fotograficzny? Czemu nie? Zwłaszcza, jeśli tematem konkursu są ZMIANY, a oni aktywnie przygotowywali najważniejszą ZMIANĘ końca ubiegłego wieku.Byłam odrobinę za młoda, żeby uczestniczyć w antykomunistycznej opozycji (w chwili wprowadzenia stanu wojennego miałam 14 lat), ale moi zaledwie kilka lat starsi koledzy ze Stowarzyszenia Podziemnego Radia „Solidarność” aktywnie brali w niej udział. Biegali po dachach budynków stolicy instalując radiowe nadajniki. W ten sposób za pośrednictwem radia Solidarność przekazywali warszawiakom jakże odmienne od podawanych prze reżimowe media treści.
W szalone lata transformacji ustrojowej, które przypadły u mnie na okres wchodzenia w dorosłe życie wkroczyliśmy już razem (jeden z kolegów ze stowarzyszenia współpracował z moim mężem). Niedawno wspominaliśmy tamten czas i nagle naszła mnie refleksja, że jest to okres godny następcy Barei – żałuję, że tak słabo opisany/pokazany w polskiej literaturze i filmie. Zdumiewające typy świeżo „opierzonych” biznesmenów, nie mniej zaskakujące przejawy przedsiębiorczości rodaków, początki komputeryzacji społeczeństwa i Zmiany, Zmiany, Zmiany... Kiedy wybierałam się do apteki – nigdy nie byłam pewna, czy w lokalu, w którym znajdowała się ona jeszcze tydzień wcześniej nie zastanę na przykład... pasmanterii. Galopująca inflacja sprawiała, że czułam przymus wydania stypendium naukowego jeszcze w dniu, w którym je otrzymałam – obawiałam się, że po dwóch tygodniach kupię za te same złotówki połowę mniej.
Choć „era” transformacji (złoty czas dla rodzącego się wówczas biznesu, reklamy itd.) nie był łaskawy dla, takich jak ja, artystów, zaś czas stanu wojennego nie był łaskawy dla nikogo – jestem wdzięczna losowi, że pozwolił mi zobaczyć na własne oczy, jak niemożliwe staje się możliwe. Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale nieomal do ostatniej chwili nikt nie wierzył (przynajmniej ja nikogo takiego nie znałam), że Związek Radziecki przestanie istnieć (na pewno nie za naszego życia!), a ustrój w Polsce upadnie.
Być może to jest właśnie zjawisko, które jakoś naznaczyło nas pokoleniowo – ZMIANA!
Narracja naszego życia nie rozwinęła się w zastanej rzeczywistości, ponieważ świat wokół nas nagle odwrócił się do góry nogami. I to bez rewolucji!
To chyba ten fenomen nadał naszemu pokoleniu pewien... czy ja wiem? Luz? Nonszalancję? A może również niepewność? Bo przecież wszystko może się zdarzyć.
Dziś te zmiany jakby się... „wyczerpały”. Czasem mam wrażenie, że nawet język opisujący społeczno-polityczną rzeczywistość przestał przystawać do otaczającego nas świata.
Dlatego ciekawi jesteśmy, co dalej? Jakich zmian ludzie oczekują dzisiaj? Jakich się boją? O czym marzą? Jakim zmianom chcieliby się przeciwstawić?
Jednym z elementów projektu jest konkurs fotograficzny.
Chcieliśmy również, żeby projekt stał się również swego rodzaju wizualnym wielogłosem na temat ZMIAN (przy zestawieniu radio-fotografia ten oksymoron jest jak najbardziej uprawniony;)). Stąd pomysł na wirtualny Foto album, do którego prace może nadsyłać każdy, kto zgłosił się do konkursu.
Strona www projektu ma być również płaszczyzną wymiany wiadomości o różnego rodzaju imprezach fotograficznych. Tu informacje może nadsyłać każdy, niezależnie od udziału w konkursie.
Zapraszam na stronę naszego projektu: http://www.changes-art.org/
A także na nasz fan page na Facebooku: http://www.facebook.com/Changes.art
Projekt współorganizuje: Stowarzyszenie Podziemnego Radia „Solidarność”.
Nasi partnerzy to:
- Tetenal
- Newsweek
- Digital Camera
piątek, 21 stycznia 2011
ZMIANY!!!
Napisałam w pierwszym odcinku drugiego sezonu, że marzę o zmianach i proszę bardzo - zapraszam na stronę projektu, przy którym współpracuję :)www.changes-art.org
Wkrótce napiszę więcej o genezie tego pomysłu :)
środa, 5 stycznia 2011
Sezon 2. Odcinek 1. Marzenia
Przerwa w pisaniu na... pisanie. Od pracy nad powieścią odpoczywam pisząc bloga i... pijąc kawę. Siedzę przy stacjonarnym komputerze mojego syna świadoma, że zalanie klawiatury jest o wiele mniej groźne niż wylanie kawy na laptopa, więc... zero stresu związanego z ostatnimi wydarzeniami.
Plik z książką (zgodnie z przewidywaniami) odzyskany. Laptop zaś u kolejnego "lekarza" od komputerów (poprzedni zaśpiewał tyle za naprawę, że bardziej opłacałoby się kupić nowy). Kiedy dwa dni temu zgrywałam plik z książką na pendriva i nowy "uzdrowiciel" odpalił mój dysk na swoim kompie ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie. Jakbym wraz z tym dyskiem oddawała mu dostęp do swojego intymnego świata. To nic, że najbardziej osobiste zapiski wciąż robię ręcznie. Nagle poczułam, że to, co zostało w moim laptopie odsłania mnie bardziej niż bym sobie tego życzyła. Zapisane w formie zdjęć, notatek, pomysłów plany, idee, marzenia... pozwalają zajrzeć nie tylko do pamięci mojego komputera... pozwalają obejrzeć moje myśli.
Nie sadzę, co prawda, żeby młody i sympatyczny człowiek, który zajął się moim laptopem miał czas i chęci, żeby analizować zawartość mojej "zewnętrznej pamięci", ale prawdę mówiąc, poczułam się trochę nieswojo.
A propos marzeń (tych zapisanych w "pamięci zewnętrznej" i wewnętrznej) - spec od kompów jest paralotniarzem i wygląda na to, że przy okazji tego niefortunnego zdarzenia zrealizuję jedno z niezrealizowanych i polatam sobie na paralotni. Chociaż, czy naprawdę można nazwać je marzeniem skoro przez całe życie nie zrobiłam nic, żeby je zrealizować. Musiałam zalać kawą laptopa, żeby przejść do konkretów.
Zajrzałam dziś na bloga Małgosi Piekarskiej - tam również o marzeniach (przy okazji postanowień noworocznych). Małgosia pisze, że plany i marzenia to dwie różne rzeczy, ponieważ realizacja planów zależy od nas, a marzeń - niekoniecznie, często zależą one od innych osób. Dlatego zapewne rzeczownik "marzenia" łączy się najczęściej z czasownikiem "spełniać", a rzeczownik "plany" z czasownikiem "realizować". Nie da się ukryć, że realizacja/spełnienie lotu paralotnią bardziej zależy ode mnie niż od innych.
Zabawne - książka, którą teraz piszę również traktuje o marzeniach, a konkretnie o moim ambiwalentnym do nich stosunku. Uświadomiłam sobie właśnie, że marzenia to dla mnie jeden z głównych tematów ostatnich lat: Warsztaty Wirtualnego Urzeczywistniania Marzeń w mojej "www.terapii", a także pierwszy wpis na tym blogu.
Zbieg okoliczności sprawił, że wczoraj ktoś chciał zrealizować swoje... no, może nie marzenie, raczej nagłą zachciankę. Jednak to, czy tak się stanie zależało również ode mnie. Nic z tego nie wyszło, ponieważ wiele, wiele lat temu spełniło się w moim życiu coś o czym właściwie nie marzyłam i dziwnym trafem moje nie-marzenie stało się dla mnie ważniejsze od marzeń. A pragnienie owego ktosia uderzałoby w moje trwające od lat niewymarzone spełnienie. Trochę się zaplatałam, ale chyba już rozumiecie mój ambiwalentny stosunek do marzeń.
Z drugiej strony - myśląc o własnych postanowieniach noworocznych zdałam sobie sprawę, że bardziej postawiłam w nich na plany niż marzenia; na rozsadek niż emocje - może dlatego niewiele z nich wyszło. Następnym razem będę dostosowywać plany do marzeń. Spełniać marzenia realizując plany, a jeśli przy okazji spotka mnie jakieś niewymarzone spełnienie tym lepiej.
P.S. Kończę książkę i zmieniam temat z "marzeń" na... "ZMIANY". Marzę o ZMIANACH.
Plik z książką (zgodnie z przewidywaniami) odzyskany. Laptop zaś u kolejnego "lekarza" od komputerów (poprzedni zaśpiewał tyle za naprawę, że bardziej opłacałoby się kupić nowy). Kiedy dwa dni temu zgrywałam plik z książką na pendriva i nowy "uzdrowiciel" odpalił mój dysk na swoim kompie ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie. Jakbym wraz z tym dyskiem oddawała mu dostęp do swojego intymnego świata. To nic, że najbardziej osobiste zapiski wciąż robię ręcznie. Nagle poczułam, że to, co zostało w moim laptopie odsłania mnie bardziej niż bym sobie tego życzyła. Zapisane w formie zdjęć, notatek, pomysłów plany, idee, marzenia... pozwalają zajrzeć nie tylko do pamięci mojego komputera... pozwalają obejrzeć moje myśli.
Nie sadzę, co prawda, żeby młody i sympatyczny człowiek, który zajął się moim laptopem miał czas i chęci, żeby analizować zawartość mojej "zewnętrznej pamięci", ale prawdę mówiąc, poczułam się trochę nieswojo.
A propos marzeń (tych zapisanych w "pamięci zewnętrznej" i wewnętrznej) - spec od kompów jest paralotniarzem i wygląda na to, że przy okazji tego niefortunnego zdarzenia zrealizuję jedno z niezrealizowanych i polatam sobie na paralotni. Chociaż, czy naprawdę można nazwać je marzeniem skoro przez całe życie nie zrobiłam nic, żeby je zrealizować. Musiałam zalać kawą laptopa, żeby przejść do konkretów.
Zajrzałam dziś na bloga Małgosi Piekarskiej - tam również o marzeniach (przy okazji postanowień noworocznych). Małgosia pisze, że plany i marzenia to dwie różne rzeczy, ponieważ realizacja planów zależy od nas, a marzeń - niekoniecznie, często zależą one od innych osób. Dlatego zapewne rzeczownik "marzenia" łączy się najczęściej z czasownikiem "spełniać", a rzeczownik "plany" z czasownikiem "realizować". Nie da się ukryć, że realizacja/spełnienie lotu paralotnią bardziej zależy ode mnie niż od innych.
Zabawne - książka, którą teraz piszę również traktuje o marzeniach, a konkretnie o moim ambiwalentnym do nich stosunku. Uświadomiłam sobie właśnie, że marzenia to dla mnie jeden z głównych tematów ostatnich lat: Warsztaty Wirtualnego Urzeczywistniania Marzeń w mojej "www.terapii", a także pierwszy wpis na tym blogu.
Zbieg okoliczności sprawił, że wczoraj ktoś chciał zrealizować swoje... no, może nie marzenie, raczej nagłą zachciankę. Jednak to, czy tak się stanie zależało również ode mnie. Nic z tego nie wyszło, ponieważ wiele, wiele lat temu spełniło się w moim życiu coś o czym właściwie nie marzyłam i dziwnym trafem moje nie-marzenie stało się dla mnie ważniejsze od marzeń. A pragnienie owego ktosia uderzałoby w moje trwające od lat niewymarzone spełnienie. Trochę się zaplatałam, ale chyba już rozumiecie mój ambiwalentny stosunek do marzeń.
Z drugiej strony - myśląc o własnych postanowieniach noworocznych zdałam sobie sprawę, że bardziej postawiłam w nich na plany niż marzenia; na rozsadek niż emocje - może dlatego niewiele z nich wyszło. Następnym razem będę dostosowywać plany do marzeń. Spełniać marzenia realizując plany, a jeśli przy okazji spotka mnie jakieś niewymarzone spełnienie tym lepiej.
P.S. Kończę książkę i zmieniam temat z "marzeń" na... "ZMIANY". Marzę o ZMIANACH.
środa, 8 września 2010
Sezon 1, odcinek 90. Drogi panie z telewizji....
Fot. Darek KondeferDziś w tekstowo-wizualnym serialu występuje ulubiony bohater nowego cyklu zdjęć mojego męża. Wygląda na to, że mój małżonek nieoczekiwanie został fotografem gwiazd, by nie powiedzieć bóstw ;-P
Powyżej jeden z obrazków z cyklu "gold" - www.kondefer.com
Słowem - mucha siada. ;)
O co chodzi z tą muchą dowiesz się zaglądając na stronę.
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
Skrót wiadomości. Huun-Huur-Tu wczoraj na Inżynierskiej 3
Dla mnie to był już drugi ich koncert. Mam też kilka płyt. Głos ludzki to dla mnie najbardziej intrygujący instrument (może dlatego, że żadnym innym nie potrafię się posługiwać ;)) i pewno to najbardziej na mnie działa gdy słucham Huun - Huur - Tu. Zwłaszcza, że lubię nie tyle wokalne popisy, co o zdolność przeniesienia głosem energii, a to na pewno potrafią. Z miłości do pierwotnie energetycznego śpiewania wynika zapewne również moja fascynacja śpiewem alikwotowym a także innych tradycyjnych technik.
Koncert świetny. Niestety przyjechaliśmy późno, kiedy już trudno było wbić się na podwórko. Również miejscówka przy grillu okazała się fatalna - dym i swąd palonego tłuszczu plus tłok to kiepskie zestawienie. W ogóle nie jestem przekonana, czy grill na takim koncercie był konieczny. Na szczęście w trakcie trwania koncertu udało mi się nieco przesunąć od grilla w stronę sceny.
Trochę informacji na temat zespołu tutaj: http://www.etnologia.pl/muzyka/azja/muzyka/huun-huur-tu.php
Koncert świetny. Niestety przyjechaliśmy późno, kiedy już trudno było wbić się na podwórko. Również miejscówka przy grillu okazała się fatalna - dym i swąd palonego tłuszczu plus tłok to kiepskie zestawienie. W ogóle nie jestem przekonana, czy grill na takim koncercie był konieczny. Na szczęście w trakcie trwania koncertu udało mi się nieco przesunąć od grilla w stronę sceny.
Trochę informacji na temat zespołu tutaj: http://www.etnologia.pl/muzyka/azja/muzyka/huun-huur-tu.php
sobota, 19 czerwca 2010
Najnowsze wiadomośći: Kamila dziś śpiewa!!!
Zmiana planów. Zostaliśmy w domu zamiast jechać do Ławek, więc ciąg dalszy zdjęć z Anglii być może już jutro. A dziś się wybieramy do Instytutu Teatralnego na Chór Kobiet, w którym śpiewa, krzyczy, buczy moja szefowa, która, jak już wielokrotnie tutaj pisałam, bardziej jest mi Kamilą Michalską niż szefową :)
wtorek, 1 czerwca 2010
Skrót wiadomości
- Jeszcze przed wyjazdem do Anglii (wylot w najbliższy piątek) postanowiłam opublikować angielską wersję mojej strony internetowej. Na razie tylko dwie podstrony, brak niektórych opisów i uwielbianych przeze mnie linków w tekście, ale początek został. Będę wdzięczna za wszelkie uwagi, konstruktywna krytykę itd.
- Chcę się również pochwalić twórczością moich podopiecznych - do poczytania tutaj i tutaj, czyli na blogu Wielokropka.
- REKORDY!!!
Poziom wody w mojej graciarnio-pracowni osiągnął rekordową w tym roku wysokość (sporą część dnia zajęło nam wybieranie wody, dziś jest jeszcze gorzej). Nawiasem mówiąc po raz pierwszy od dłuższego czasu korzystam z pracowni brodząc w niej w kaloszach. Smutne jest to, że zalało nawet moją czerwono-zieloną nieskończoność.
Wczoraj pobiłam również rekord jeśli chodzi o czas przejazdu z Nadarzyna do Janek. Przejechanie tych 6 (8 km. ?) zajęło mi prawie półtorej godziny. Wybrałam się na przedwyjazdowe zakupy w dzień powszedni przed południem w ramach oszczędzania czasu, bo wtedy jest mało ludzi i nie ma horrendalnych kolejek do kas, no i proszę bardzo...
Dwa dni wcześniej po raz pierwszy w życiu zatrzymała mnie policja za niezastosowanie się do znaku. Od kilkunastu lat jeżdżę ta samą droga do wypożyczalni wideo, latami woziłam tam syna do szkoły, od siedmiu lat jeżdżę tamtędy na cmentarz, a tu proszę bardzo, ni z tego ni z owego zrobili jednokierunkową (i trzeba wracać droga pełną dziur!)
- Pozdrawiam osobę, którą tego samego dnia (dość nieoczekiwanie) spotkałam podczas pierwszej części zakupów. Dużo mi to spotkanie dało do myślenia, choć rozmowa nie wykroczyła poza zwyczajowe w tego typu okolicznościach konwencje.
- Już od dłuższego czasu zbieram się do opisania doświadczeń z pewnym wydawnictwem (małe niekoniecznie oznacza bardziej przyjazne autorom) oraz niekompatybilmości moich najnowszych pomysłów z polskim rynkiem wydawniczym, ale to wymaga czasu i skupienia, którego ostatnio mi brakuje.
A może już nie jestem pisarką? Tylko jeszcze o tym nie wiem.
- Chcę się również pochwalić twórczością moich podopiecznych - do poczytania tutaj i tutaj, czyli na blogu Wielokropka.
- REKORDY!!!
Poziom wody w mojej graciarnio-pracowni osiągnął rekordową w tym roku wysokość (sporą część dnia zajęło nam wybieranie wody, dziś jest jeszcze gorzej). Nawiasem mówiąc po raz pierwszy od dłuższego czasu korzystam z pracowni brodząc w niej w kaloszach. Smutne jest to, że zalało nawet moją czerwono-zieloną nieskończoność.
Wczoraj pobiłam również rekord jeśli chodzi o czas przejazdu z Nadarzyna do Janek. Przejechanie tych 6 (8 km. ?) zajęło mi prawie półtorej godziny. Wybrałam się na przedwyjazdowe zakupy w dzień powszedni przed południem w ramach oszczędzania czasu, bo wtedy jest mało ludzi i nie ma horrendalnych kolejek do kas, no i proszę bardzo...
Dwa dni wcześniej po raz pierwszy w życiu zatrzymała mnie policja za niezastosowanie się do znaku. Od kilkunastu lat jeżdżę ta samą droga do wypożyczalni wideo, latami woziłam tam syna do szkoły, od siedmiu lat jeżdżę tamtędy na cmentarz, a tu proszę bardzo, ni z tego ni z owego zrobili jednokierunkową (i trzeba wracać droga pełną dziur!)
- Pozdrawiam osobę, którą tego samego dnia (dość nieoczekiwanie) spotkałam podczas pierwszej części zakupów. Dużo mi to spotkanie dało do myślenia, choć rozmowa nie wykroczyła poza zwyczajowe w tego typu okolicznościach konwencje.
- Już od dłuższego czasu zbieram się do opisania doświadczeń z pewnym wydawnictwem (małe niekoniecznie oznacza bardziej przyjazne autorom) oraz niekompatybilmości moich najnowszych pomysłów z polskim rynkiem wydawniczym, ale to wymaga czasu i skupienia, którego ostatnio mi brakuje.
A może już nie jestem pisarką? Tylko jeszcze o tym nie wiem.
środa, 19 maja 2010
Zdjęcia z minionego weekendu cd.
Dwie Doroty - Sumińska i Suwalska. Obie raczej chude, z kręconymi włosami, z mikrofonami i w okularach. Jedna została lekarzem zwierząt - druga miała taki zamiar (pewno dlatego w jej książkach pełno jest weterynarzy).
Uwielbiałam audycje pani doktor Doroty Sumińskiej w radiu Tok FM - dlatego niezmiernie miło było spotkać ją w realu.
A wszystko to w moim ulubionym Nadarzyńskim Ośrodku Kultury.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)








