Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyzwoicie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyzwoicie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 października 2019

I co ja bym wtedy czuła?

W drodze do domu zaczęłam się zastanawiać nad sprawami, o których jeszcze nigdy w życiu nie myślałam. Na przykład, co by było, gdybym naprawdę była lesbijką. Co powiedzieliby na to mama, tata, wszystkie babcie, ciocie, wujkowie, a przede wszystkim jak by się rozwinęła sytuacja w klasie? Czy nadal by mnie lubili? A jeśli nie? Nawet teraz z trudem przyszło mi zdobycie ich sympatii. A co dopiero w takiej sytuacji. I co ja bym wtedy czuła? Czy próbowałabym udawać, że wcale nie jestem lesbijką, żeby mieć święty spokój? Jakie to musi być okropne – wciąż udawać, wciąż się pilnować! Dziewczyny przechwalałyby się swoimi podbojami miłosnymi, a ja co?! I co bym zrobiła, gdyby spodobała mi się jakaś dziewczyna? Już to, że podoba mi się chłopak, jest wystarczająco trudne. Wciąż się obawiam, że to bez wzajemności, że on mnie nie lubi, że będzie się śmiał itp. A w przypadku dziewczyny to byłaby podwójna trudność, by nie powiedzieć – trudność do potęgi. I czy w ogóle w naszej szkole jest dziewczyna, która mogłaby się we mnie zakochać (to znaczy, gdybym naprawdę była lesbijką)? A jeśli nawet jest, to skąd wiadomo, czy nie udaje, że podobają jej się chłopaki, żeby się nie wyróżniać? I jakie to uczucie być innym niż wszyscy dookoła?

(fragment książki "Piegowate niebo", Nasza Księgarnia, 2014)

W czasach, gdy ratowaniem świata zajmują się dziewczynki (i chwała im za to, podobnie wszystkim innym, którzy również próbują się zatroszczyć o naszą planetę) postanowiłam przypomnieć fragment mojej wydanej przed pięciu laty książki, ponieważ już od dłuższego czasu czuję, że powinnam jakoś zareagować na to, co od pewnego czasu słyszy się na temat osób LGBT. Przemówiłam słowami mojej nastoletniej bohaterki, bo być może wystarczyłaby odrobina empatii, głowa wolna od uprzedzeń i taka może nawet nieco naiwna refleksja, by wczuć się w to jak mogą czuć się w tej sytuacji osoby nieheteronormatywne, zwłaszcza nastolatki. I bez tej nagonki było im trudno, trudno mi sobie wręcz wyobrazić, co czują teraz.

Jako osoba heteroseksualna zastanawiam się, jak bym się czuła, gdyby ktoś mi powiedział: możesz robić co chcesz, ale we własnym domu, ja ci pod kołdrę nie zaglądam, ale nie afiszuj się. Gdybym musiała powściągać okazywanie uczuć w miejscach publicznych – i nie chodzi mi o jakieś seksualne akcje, ale zwykłe odruchy bliskości typu wzięcie za rękę, przytulenie – bo groziłby mi za to ostracyzm społeczny, więcej, mogłabym z tego powodu dostać łomot. Gdyby umieszczone w miejscu publicznym zdjęcie trzymających się za ręce kobiety i mężczyzny uważano za agresywne promowanie orientacji seksualnej, krzewienie szkodliwej ideologi. Gdybym nie mogła zawrzeć z najbliższą mi osobą legalnego związku, bo przecież – jak usłyszałam niedawno w radiu od pewnego polityka, jako propozycję dla gejów i lesbijek – można przecież zawrzeć spółkę cywilną. Czy wtedy miałabym poczucie, że jestem równouprawniona, że mam takie same prawa, jak inni?
Jako obywatelka zastanawiam się, kto weźmie odpowiedzialność za kampanię, która została rozpętana wobec, by nie powiedzieć przeciw, osobom LGBT, jeśli naprawdę stanie się coś strasznego? A było już blisko biorąc pod uwagę choćby planowany zamach bombowy podczas marszu Równości w Lublinie.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Raport kwartalny ;-)

Miałam tu pisać o ważnych sprawach, ale ważnych spraw było tak wiele, a czasu tak mało, że nic z tego (przynajmniej na razie) nie wyszło. Zrealizuję więc plan minimum i przedstawię raport kwartalny (a może nawet półroczny) z najważniejszych wydarzeń, co nic nie umknęło mojej zawodnej chwilami pamięci i żeby moi Czytelnicy wiedzieli mniej więcej, co się u mnie dzieje.

1) W połowie maja ukazała się moja nowa książka. Pierwsza część serii "Wtajemniczeni" zatytułowana "Nie wszystko złoto, co złote".

2) Nieco wcześniej, na przełomie kwietnia i maja, wybrałam się na Podkarpacie na dokumentację do trzeciej książki z serii "Wtajemniczeni" (druga idzie do składu i ma się ukazać w październiku). Podczas tej sympatycznej podróży miałam okazję spotkać m.in. taką oto sympatyczną istotę.
 Więcej zdjęć i informacji znajdziecie na moim Facebooku.

3) Ruszył literacki projekt charytatywny na rzecz schroniska w Korabiewicach, w którym wzięłam udział. Dla Korabkowych opowieści napisałam opowiadanie o Mamce, mamie woła Memusia, mieszkającego do dziś w schronisku. Czytajcie i wspierajcie!
źródło: http://korabkoweopowiesci.pl/korabkowe-opowiesci/dorota-suwalska-mamka/?fbclid=IwAR1zeQfOVPdWWZsuaNrpG2qTfhNgRybGCpozzw1bPJn11lTtGlrV2oEfYQI 
 Zdecydowałam się również wziąć udział w kolejnym literacko-prozwierzęcym projekcie o nazwie Book.szpan
źródło: https://www.facebook.com/akcjaBook.Szpan/photos/a.2324387787825772/2338742443056973/?type=3&theater

4) Moje opowiadania ukazały się w Kwartalniku Literackim WYSPA (tekst dla dorosłych) i Kosmosie dla Dziewczynek (opowiadanie dla dzieci o przyjaźni).
ilustracja Marty Ruszkowskiej do mojego opublikowanego w "Kosmosie dla dziewczynek" opowiadania pt. "Bursztyny" (źródło: https://www.facebook.com/1574916052756697/photos/a.1574917486089887/2440247972890163/?type=3&theater)
 5) Brałam udział w spotkaniach autorskich w różnych miejscach: podczas Warszawskich Targach Książki, w Muzeum Literatury w Warszawie, w bibliotekach w Nadarzynie i Młochowie, w bibliotekach w Opolu, w Szkole Podstawowej w Nadarzynie.
Na stoisku Naszej Księgarni z Zuzanną Orlińską - zdjęcie Cudanakiju.pl, źródło: https://www.facebook.com/cudanakijurecenzje/photos/a.10157240587269437/10157243675039437/?type=3&theater

niedziela, 26 lutego 2017

Jeść przyzwoicie

 Przeczytałam właśnie znakomitę książkę Karen Duve "Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment".
Blisko 24 lata temu, podobnie jak autorka, podjęłam dość radykalną decyzję dotyczącą swojego sposobu odżywiania. W przeciwieństwie do niej nie robiłam tego w ramach eksperymentu. Miałam przed sobą ściśle określony cel. Nie była nim bynajmniej poprawa zdrowia (choć uważam, że to co jemy przynajmniej nie powinno nam szkodzić). Chodziło mi o to, żeby już dłużej nie przyczyniać się do zabijania zwierząt. Podobnie jak Karen Duve, zmiany w diecie wprowadzałam na raty. Za radą wegetariańskiej lekarki w pierwszym miesiącu "rzuciłam" ssaki, w drugim ptaki, a w trzecim ryby. Nie przypominam sobie, żeby to było jakoś specjalnie trudne. Inna rzecz, że (jak to się mówi) "siedziałam" wtedy w domu z małym synkiem i byłam dużo badziej skupiona na gotowaniu niż w obecnie. Gorzej było z jedzeniem na mieście, wyjazdami i reakcjami otoczenia.
Cel osięgnęłam i od prawie ćwierć wieku nie jadam mięsa. Czy jednak osiągnięcie celu nie sprawia, że trochę usypiamy? Owszem nie jadam mięsa, ale wcinam ser podpuszkczowy i noszę skórzane buty, choć zdaję sobie sprawę, że to nie bardzo do tego mojego wegetarianizmu pasuje. Uwiera mnie ta moja niekonsekwencja i już od dłuższego czasu zbieram się, żeby coś z tym zrobić, przekładając to bliżej nieokreslone "coś" na wieczne nigdy (podobnie jak to czyni wielu wrażliwych na los zwierząt niewegetarian, którym mimo dobrych chęci trudno zerwać ze starymi nawykami). No dobrze nie jest tak, że nic przez ten czas nie zmieniałam w swoich konsumenckich nawykach: zrezygnowałam z jajek oznaczonych nr 3 (gorzej z produktami, które jajka zawierają, bo na nich nie ma numerków), unikam produktów z olejem palmowym i kosmetyków testowanych na zwierzętach.

Lektura książki i wspomnienia sprzed tych dwudziestu paru lat nasunęły mi refleksje, że tak naprawdę nie chodzi o osiągnięcie celu. Chodzi o proces. Wiem, brzmi to mało odkrywczo, banalnie, może nawet trochę pretensjonalnie. Ale cóż na to poradzę, tak to właśnie widzę. Dlatego zamiast stawiać jakieś ogólnikowe, odległe cele (jak dotychczas), postanowiłam, że na każdy miesiąc będę wyznaczać sobie konkretne zadanie (podobnie jak to robiła Karen Duve realizując swój eksperyment). Tyle, że nie określam końca sojego "eksperymentu". Fajnie by było, by trwał  on do końca życia, bo przecież świat wokół nieustannie się zmienia i trzeba na to reagować. Chodzi więc również o to, by ze zmienności zrobić nawyk. Moje zadania bedą zdecydowanie mniej radykalne i prostsze do realizacji. Wprowadzanie zmian wymaga sporo energii i czasu, żeby je potem utrwalić. Czasami więc mniej, znaczy skuteczniej, a zależy mi na tym, żeby zmiany, które tą drogą wprowadzę, okazały się przynajmniej tak trwałe, jak moje niejedzenie mięsa.
Postanowiłam też (mimo braku czasu) choćby skrótowo i przynajmniej przez jakiś czas relacjonować swe doświadczenia na blogu. Trochę dlatego, by samą siebie mobilizować, a trochę z podobnych powodów, dla których chodzimy na demonstracje lup podpisujemy petycje: żeby poprzeć pewne zjawiska, a przeciw innym zaprotestować.
Nigdy nie robiłam ze swojego wegetarianizmu wielkiego hallo. Nie próbowałam też wywierać presji. Nawet na na najbliższe osoby. Być może dlatego mój syn i mój mąż sami z siebie postanowili zrezygnować z jedzenia mięsa (ja też nie nie lubię robić rzeczy, do których ktoś mnie próbuje nakłonić). Raczej byłam skłonna traktować konsekwencje tamtej decyzji sprzed dwudziestu parum lat, jako swój osobisty kłopot - wymyśliłam sobie, więc mam, nie bedę nikomu zawracać głowy. Wiele się jednak od tamtego czasu zmieniło i dziś widzę tę kwestię trochę inaczej. Tak zwana przemysłowa produkcja mięsa, nie tylko drastycznie zwiększyła cierpienie zwierząt, lecz również bardzo źle wpływa na kondycję człowieka (choć uważam, że cierpienie zwierząt to wystarczający powód, by zrezygnować z ich jedzenia). Paradoksalnie dotyczy to nie tylko tych osób, które kilka razy dziennie jedzą tanie, złej jakości mięso, lecz również ludzi, którzy produktów z produktów odzwierzęcych w ogóle nie korzystają. Przemysłowe hodowle destruują środowisko: uwalniają więcej gazów cieplarnianych, niż transport, a trzeba też przecież zrobić coś z tonami odchodów. Im więcej "produkuje" się mięsa, tym większy głód wśród ludzi, bo uprawy, dzięki którym można by ich wykarmić, prznacza się na paszę.
Znam temat nie tylko z teorii. Od wielu lat mam okazję obserwować życie na wsi i przy okazji funkcjonowanie współczesnego rolnictwa i fakt ten otworzył mi oczy na sprawy, o których dotychczas nie miałam pojęcia.
W tej sytuacji czuję się zobowiązana upubliczniać fakt, że jestem wegetarianką. Wręcz uważam, że ludziom, którzy ograniczają spożycie mięsa, należałby się jakiś specjalny dodatek za ochronę środowiska. Gdyby kwestia, co kto je była oczywiście możliwa do zweryfikowania i gdyby potencjalne próby takiej weryfikacj nie zbliżały nas do idei wszechobecnej inwigilacji.

Moje pierwsze zadanie nie będzie jednak dotyczyć przyzwoitości wobec zwierząt, lecz przyzwoitości wobec ludzi. Tematem na marzec jest sprawiedliwy handel.