Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuły. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 grudnia 2023

2023 - podsumowanie

Wiem, że to trochę nudne, jeśli kolejny raz z rzędu piszę, że mam za sobą trudny rok. Ale nic na to nie poradzę. Nie chce być inaczej. Początek był dość energetyczny, ale ostatnie miesiące naprawdę dały mi w kość. Jak złapię trochę oddechu, postaram się opisać niektóre z przygód. Może dzięki moim doświadczeniom, wam uda się uniknąć kłopotów, które mnie spotkały.

Nic więc dziwnego, że ogromnie mi się spieszyło do Nowego Roku. Tak bardzo, że post ten zaczęłam pisać już w pierwszej połowie grudnia. W tym samym czasie kupiłam kalendarz/terminarz na Nowy Rok. Zwykle przymierzałam się do takiego zakupu dopiero w styczniu.  

Niestety pod koniec roku dostałam informację, w związku z którą, kolejny rok może być znów trudny, może nawet trudniejszy. Na razie jednak jestem w nastroju na przezwyciężanie trudności, więc spieszę, żeby skończyć tworzenie tego wpisu, zanim mi to minie. I postaram się, żeby nie minęło.

Trzeba też przyznać, że mimo wszystko trochę dobrych rzeczy też się wydarzyło. Ogarnęłam kilka spraw, które wcześniej wydawały mi się nie do ogarnięcia, a poza tym posadziliśmy z mężem kilkadziesiąt drzew.   

Tutaj tradycyjnie skupię się na pozytywach związanych z pisaniem.

KSIĄŻKI OPUBLIKOWANE

Bardzo ważna dla mnie książka, która, mogę to bez wahania powiedzieć, zmieniła moje spojrzenie na świat, którego jestem częścią i oczywiście przedstawicieli innych gatunków. Pozycja nie tylko dla dzieci i młodzieży. Z recenzji i opinii w sieci wynika, że i dorośli wiele z niej wynoszą. Nic w tym dziwnego. Sama podczas pisania dowiedziałam się mnóstwa fascynujących rzeczy. Trochę musiałam poczekać na jej publikację, ale tym bardziej jestem szczęśliwa, że jest. Więcej na temat "Zwierząt Miast" tutaj

Litewska edycja "Czarnych Jezior" z intrygującą okładką. I wielka radość, że litewscy czytelnicy będą mogli poznać opisaną w niej historię Magdy i jej tajemnicy. Link do litewskiego opisu tutaj. A informacje o polskiej edycji tu.

Ukraińskojęzyczna edycja współautorskiej, charytatywnej publikacji. Wciąż możecie wesprzeć małych uchodźców z Ukrainy kupując zarówno polską, jak i ukraińska wersję tutaj

KSIĄŻKI PISANE

Pracowałam nad książką pod roboczym tytułem "Skarb" w ramach rocznego stypendium twórczego z budżetu MKIDN.

Kontynuowałam prace nad książką "Świnie, krowy, kury..., czyli zwierzęta, których nie znamy" w ramach stypendium przyznanego przez Zarząd Funduszu Popierania Twórczości Stowarzyszenia Autorów ZAiKS 

LAURY (NIE TYLKO DLA MNIE)

Wspomniany już tutaj projekt, który współtworzyłam, doczekał się Nagrody głównej w Konkursie Świat przyjazny Dziecku". 

PUBLIKACJE DZIENNIKARSKIE

Mimo chronicznego braku czasu zrobiłam trzy wywiady dla portalu ngo.pl  dotyczące ważnych dla mnie tematów i prezentujące niezwykłe osoby:

fot. Darek Kondefer

 - z Katarzyną Trotzek z Azylu dla Świń "Chrumkowo";

 

fot. Darek Kondefer

- z Tadeuszem Łopatkiewiczem ze Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Krośnieńskiej;

fot. Darek Kondefer

-  z Katarzyną i Andrzejem Kowalczykami z Fundacji Szczęśliwe Zakończenie.

SPOTKANIA AUTORSKIE/TARGI/WIZYTY W MEDIACH/WYSTAWY (A WŁAŚCIWIE TO JEDNA WYSTAWA)

Targi Książki Vivelo, z Dianą Karpowicz i Kasią Piętką, fot. Ania Żylińska
 

Miałam przyjemność uczestniczyć w różnych wydarzeniach związanych z moim pisaniem: spotkaniach autorskich w Młochowie, Radomsku, Ruścu, targach książki w Warszawie; audycjach radiowych (w RDC i Radiu Kraków). A także jednym związanym z moją działalnością ilustratorską.


   

Moje prace były prezentowane podczas kolejnej edycji grupowej wystawy Ilustracje Cytowane w Galerii Lufcik w Warszawie. Liścio-kwiat na plakacie jest mojego autorstwa.

PODRÓŻE LITERACKIE

 

"pocztówka" z Rymanowa, fot. autorka
 

W związku z przygotowywaniem dokumentacji do pisanych książek, wywiadami i spotkaniami autorskimi odbyłam kilka (dalszych lub bliższych, krótszych i dłuższych) podróży (Podkarpacie, Dolny Śląsk, województwo łódzkie). 

CO ROBI PISARKA, KIEDY NIE PISZE

fot. Wojciech Kopacewicz

To pewno temat na oddzielną opowieść, bo więcej w moim życiu niepisania niż pisania. Dziś ograniczę się do kwestii zawodowych i skupię na jednej, całkiem nowej sprawie. Udało mi się nagrać pierwszy podcast cyklu "Przyjaciel Ogród", dotyczący ważnych dla mnie spraw i wedle własnego pomysłu. 

sobota, 16 grudnia 2023

Fundacja Szczęśliwe Zakończenie - wywiad

fot. Darek Kondefer, źródło: strona facebookowa portalu ngo.pl

 Tak się cieszę, gdy mogę zrobić coś ważnego i potrzebnego, np. wywiad z Katarzyną i Andrzejem Kowalczykami, cudownymi ludźmi z Fundacji Szczęśliwe Zakończenie. Czytajcie wywiad na ngo.pl i wspierajcie azyl prowadzony przez jego bohaterów.

wtorek, 25 lipca 2023

Całe życie ze Stowarzyszeniem - wywiad z Tadeuszem Łopatkiewiczem na ngo.pl

Podczas przygotowywania dokumentacji do "Skarbu" nie miałam pojęcia, jak wiele ta powstająca właśnie książka i przede wszystkim cały region zawdzięcza działającemu od 65 lat Stowarzyszeniu Miłośników Ziemi Krośnieńskiej. Na przykład to, że wciąż możemy podziwiać drewnianą, zabytkową zabudowę w Iwoniczu Zdroju. Uświadomiła mi to dopiero rozmowa z Tadeuszem Łopatkiewiczem, równolatkiem Stowarzyszenia, obecnym jego prezesem, etnografem . Zachęcam do przeczytania zamieszczonego na portalu ngo.pl wywiadu.

Autorem zdjęcia jest Darek Kondefer

niedziela, 12 lutego 2023

Dwa stoły dla motyli

Poniższy tekst powstał już jakiś czas temu, myślę, że przynajmniej przed rokiem. Miał się ukazać na nieistniejącym (jeszcze!) blogu poświęconym jeszcze bardziej nieistniejącym (o ile można to w ten sposób określić) zjawiskom w kulturze i sztuce. I pewno się tam ukaże, bo publikując go tu i teraz robię kolejny krok w stronę zaistnienia bloga.

 

Dwa stoły dla motyli (z ławkami dla ludzi)”

albo „Biesiada rusałek”

albo „Stoliczku nakryj się”

instalacja w przestrzeni publicznej/sztuka dla zwierząt (w tym również dla homo sapiens)

autorka: Diana Śniegocka


Kiedy na skwerek nieopodal mojego bloku zwalono stertę niepierwszej czystości desek, nikomu chyba nie przyszło do głowy, że może to mieć związek z motylami. Albo sztuką. Mnie na pewno nie. Nawet gdy obok dech pojawiła się tablica informacyjna z wielce obiecującą nazwą „Dwa stoły dla motyli (z ławkami dla ludzi) albo Biesiada rusałek albo Stoliczku nakryj się” sytuacja wciąż przedstawiała się dość tajemniczo. I o to chyba Dianie Śniegockiej chodziło. Chciała przykuć uwagę.

Tablica (pierwsza z wielu) przypominała te, które umieszcza się na placach budowy. Tyle, że nie była żółta, lecz wielokolorowa. Zaś w miejscu, w którym zwykle wpisuje się dane kierownika budowy, znalazło się nazwisko artystki, a w rubrykę „wykonawcy” wpisano „różne istoty”. I rzeczywiście, dzień czy dwa później, idąc do pracy, zauważyłam „różne istoty” (w postaci kilku przedstawicieli gatunku homo sapiens) krzątające się po skwerku. Istoty czyściły deski i zbijały z nich skrzyniopodobne obiekty. W efekcie na pokrywającym skwerek lichym trawniczku wyrosły dwie „skrzynie/grządki podwyższone/stoły biesiadne”. Tak przynajmniej napisano na kolejnej tablicy, dodając że każde z trzech określeń jest równie zasadne. Można było również przeczytać, że deski pochodzą z odzysku, konkretnie z pobliskiej budowy. (Chciało by się wręcz powiedzieć, że przeniesiono je z ludzkiego placu budowy na rusałkowo-motyli). Tak więc tworzenie obiektów nie pociągnęło za sobą konieczności wycinania drzew specjalnie na ten cel i sprowadzania budulca z dużych odległości. Jak widać artystka od początku starała się tworzyć dzieło w sposób jak najbardziej przyjazny dla środowiska i klimatu.

Oba obiekty miały z grubsza rzecz biorąc proporcje stołów i powierzchnię 5m2. Czemu akurat taką? Nieprzypadkowo, jak wyjaśniała autorka. Ma to bowiem kolosalne znaczenie dla biesiadowania rusałek, o czym, budując suspens, obiecała napisać na dalszym etapie tworzenia projektu.


Następnie skrzynie, wedle permakulturowych zasad, wypełniono warstwami materii organicznej. W intencji artystki gleba miała powstać w sposób, jak to określiła, bezprzemocowy, bez konieczności wykopywania jej z innego miejsca. No dobrze, trochę tej ziemi jednak zwieziono, jak przyznała, ale i tę pozyskano przy okazji jakichś robót ziemnych w pobliżu.

Na tym etapie stół dla motyli pełnił funkcję stołu dla dżdżownic, tudzież innych glebotwórczych organizmów takich jak skoczogonki, roztocze, wije, ślimaki czy też lądowe równonogi np. stonogi murowe czy prosionki szorstkie. Stale aktualizowana lista zaobserwowanych gatunków została udostępniona odwiedzającym instalację przedstawicielom homo sapiens. To właśnie dla ich komfortu w pobliżu tej apetycznej (dla detrytofagów) stołówki ustawiono ławki. Siedząc na nich i korzystając z odpowiedniej aplikacji przedstawiciele dwunożnych ssaków mogli chłonąć dźwięki toczącej się w kompoście uczty, muzykę powstającej gleby.


Kolejny etap stanowiły zasiewy i nie ukrywam, że przeżyłam pewne zaskoczenie, gdy jeden ze stołów porósł pokrzywą. Mało kto z taką pieczołowitością przygotowuje grządkę, aby „uprawiać” na niej ten „chwast”. „Chwast”? Też nie lubię tego słowa. Muszę go jednak użyć (choćby w cudzysłowie), ponieważ często w pobliżu „upraw” padało.

Czemu pokrzywa? Rzecz w tym, jak wyjaśniła Śniegocka, że jest to roślina żywicielska gąsienic motyli takich jak rusałka pawik, rusałka pokrzywnik czy rusałka admirał. Na tym etapie okazało się również, dlaczego stoły miały taką a nie inną powierzchnię. Niektórzy biesiadnicy, a konkretnie rusałka pawik, pokrzywnik i kratkowiec potrzebują powyżej 4m2 pokrzywy, by się rozmnażać. (Rośliny żywicielskie gąsienic to zarazem dom dla motylich jajek). Jeśli więc kochacie motyle, pokochajcie pokrzywy, które, nawiasem mówiąc, rosły jak szalone. Bogactwo rozłożonej materii organicznej bardzo się spodobało tym azotolubnym roślinom. To właśnie apetyt na ten pierwiastek sprawia, że tak bardzo lubią sąsiedztwo człowieka. Niezależnie, czy chodzi o przenawożone wiejskie gleby, czy tzw. miejskie nieużytki, a nawet śmietniska (zwykle też przenawożone z powodu odpadów organicznych). Nawet, również pełne azotu, spaliny z pobliskiej ulicy zdawały się im sprzyjać. Fascynująco brzmiały nagrania terenowe z pokrzywowej grządki – wzmocnione odgłosy chrupiących liście gąsienic.


Drugi stół również porosły (znów to okropne słowo) „chwasty”, tyle że nektarodajne, czyli, mówiąc językiem biologów, rodzime rośliny żywicielskie imago (skrzydlatej formy motyli). Znalazły się wśród nich: mniszek lekarski, koniczyna, osty, dzikie selerowate, stokrotka pospolita, fiołki, krwawnik pospolity, lebiodka (również pospolita), przytulia biała, marchew zwyczajna, babki (średnia i lancetowata), cykoria podróżnik i wiele innych, których nazw nie pomnę, a które zostały pracowicie wypisane na jednej z tablic. Wiele z nich, czego przedsmak mieliście już w powyższej wyliczance, miało w swej nazwie przymiotnik „pospolity”/”pospolita” lub „zwyczajna”/”zwyczajny”. I w większości tak wyglądały. Oczywiście motyle lubią również część uprawianych dla efektownej urody kwiatów ogrodowych. Artystce zależało jednak, żeby zwrócić uwagę na te, których zwykle nie dostrzegamy. I które rosną same, byle im nie przeszkadzać. Skład gatunkowy mini-łączki został tak pomyślany, by motyli stół był zastawiony przez cały sezon. Skutkiem ubocznym, ważnym dla dwunogich odbiorców, okazał się fakt, że kwitnące rośliny można podziwiać od wczesnej wiosny aż do jesieni.


Część skrzydlatych przedstawicieli grupy docelowej, do której skierowano dzieło (np. rusałka pawik) może też spijać sok uszkodzonych przez mrozy drzew. Albo pożywiać się na opadłych owocach. Dlatego autorka zasadziła na skwerku kilka drzewek owocowych (w ten sposób stworzyła również lokum dla poczwarek). Oczekując, aż zaczną owocować (albo uszkodzi je mróz?), zainstalowała mini stoliki w postaci podestów na lekko sfermentowane owoce. Można nimi dokarmiać przedstawicieli rusałkowatych w krytycznych porach roku: na przedwiośniu (wspomniany już pawik jest jednym z najwcześniej pojawiających się motyli) lub przed sezonem zimowym, kiedy to niektóre rusałkowate (znów pawik) szykują się do diapauzy.

Wymieniane już kilkakrotnie pawiki chętnie zimują w chłodnych częściach budowli stworzonych przez homo sapiens. Albo korzystają z nor innych ssaków. Ludzkich budowli w mieście nie brakuje, ale trudno w nich znaleźć nieogrzewane miejsca, które nadałyby się na zimowiska. Z norami ssaków też różnie bywa. Dlatego obok kwietnego stołu wybudowano zimowe domki i norki dla motyli.


Pejzażu dźwiękowego dochodzącego znad tego stołu nie trzeba było nagłaśniać. A to dlatego, że przyciągnął on biesiadników spoza, lubującej się w pokrzywie, grupy docelowej. Stół dla rusałek stał się stołem nie tylko dla innych gatunków motyli, lecz również rozmaitych bzyczących zapylaczy w postaci pszczół, os, muchówek… Słyszalną „gołym” uchem owadzią muzykę wzbogacono nagraniami bardziej subtelnych dźwięków. Fascynująco brzmiał wzmocniony szelest otwierających się skrzydeł pawika. Służy on tym motylom do odstraszania napastnika, zwłaszcza, że wraz z szelestem ukazują się przerażające (choć nie dla człowieka) pawie oczy, które w założeniu mają przypominać oczy groźnego drapieżnika. Dźwięk ten można co prawda usłyszeć bez wzmacniania. Jednak w miejsko-owadzim szumie łatwo go przeoczyć (czy raczej przeuszyć).

W tym miejscu warto zaznaczyć, że wszystkie nagrania zostały wykonane bez szkody dla zwierząt.


Na każdym etapie projektu autorka zachęcała do odbierania dzieła również przy pomocy węchu. A także skóry. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej rozkosznego niż ciepło słońca na twarzy połączone z brzęczeniem owadów i zapachem rozgrzanych roślin. Choć, podobnie jak w przypadku dźwięków, wrażenia węchowe pochodzące z „Motylich Stołów” mieszają z bodźcami otoczenia np. wonią spalin. Paradoksalnie fakt, że skupiamy się zapachu tego dzieła sztuki sprawia, że zaczynamy odbierać również miejskie zapachy, na które już się znieczuliliśmy. Przynajmniej na mnie tak to zadziałało. I może dobrze, bo powróciła do mnie ich świadomość.


Nie można pominąć rozmaitych działań towarzyszących. Wspomniałam już kilkakrotnie o tablicach. Zapisane na nich informacje uzupełnione mnóstwem innych materiałów audiowizualnych można też znaleźć na stronie projektu, na blogu, w mediach społecznościowych itd.

Nakręcono bardzo ciekawy film na temat powstawania obiektu (i jego rozwoju). Poszczególne etapy tego procesu zaprezentowano również w sieci, a także w formie opisywanych już tablic.

Stworzono miejsce w sieci, do którego odbiorcy/uczestnicy z gatunku homo sapiens mogą nadsyłać obserwacje pojawiających się przy stołach istot (jaj, gąsienic, dorosłych owadów) w formie plików tekstowych, zdjęć, wideo... stając się niejako współtwórcami projektu.

W ogóle kwestia autorstwa została przy okazji tego dzieła dość ciekawie potraktowana. Na „liście płac” - bo faktycznie „podpis” pod dziełem bardziej przypomina filmowe napisy końcowe, niż to do czego przywykliśmy odwiedzając galerie sztuki - jako współtwórców wymieniono z imienia i nazwiska autorów nagrań terenowych, konsultantów, producentów, projektantów motylich domków, członków ekipy technicznej. Również stale rosnąca lista gatunków odwiedzających, osiedlających się lub rosnących na terenie dzieła sztuki, a więc de facto również jego adresatów (nie wykluczając człowieka), została potraktowana jako spis współtwórców. (Tu można doszukać się nawiązania do wspomnianych na wstępie „różnych istot” podniesionych z roli wykonawców do rangi artystów.) Co prawda motylom, dżdżownicom czy fiołkom status ten jest zapewne obojętny, ma jednak znaczenie dla człowieka, może więc zmienić jego postrzeganie nieludzkich współautorów.

Inspiracją do takiego potraktowania innych gatunków stała się książka „ZOEpolis”, w której wśród autorek i autorów wymieniono wszystkie występujące w niej rośliny i zwierzęta oraz projekt artystyczny pod tym samym tytułem.1


Warto również wspomnieć o działaniach przygotowanych z myślą o użytkownikach pobliskich RODów (Rodzinnych Ogródków Działkowych) we współpracy z jednym z warszawskich ogrodów społecznych. Śniegocka nadała im zbiorczy tytuł nawiązujący do słynnego dzieła Bruno Bettelheima: „Cudowne i pożyteczne. O urodzie i wartościach chwastów”. Działkowcy wzięli między innymi udział w „Przeglądzie działkowej fotografii portretowej”. Bohaterami portretów były samowysiewające się rośliny (chwasty) oraz żyjące dzięki nim zwierzęta (m.in. motyle). Jak wyjaśniła artystka, pracę z językiem dotyczącą słów posiadających negatywne konotacje, można prowadzić na dwa sposoby: poprzez ich unikanie i zastępowanie innymi określeniami lub umieszczanie w pozytywnych kontekstach, by w konsekwencji zmienić ich wydźwięk. W tym konkretnie przypadku wybrała drugą metodę.

Fotografie zostały wystawione na płocie okalającym kompleks RODów, doskonale widocznym z pobliskiej ulicy i chodnika. Aby zachować indywidualizm portretowanych roślin i zwierząt, w podpisach, prócz nazwy gatunkowej, zaznaczono inne dane np. miejsce zrobienia zdjęcia, w kilku przypadkach nawet imiona. Na przykład jeden z przedstawicieli/przedstawicielek(?) cykorii podróżnik nosił imię Benio. Ta sama zasada dotyczyła zdjęć przedstawiających ludzi (bo i takie się pojawiły, w końcu nasz gatunek też korzysta z chwastów) – nazwa gatunkowa, lokalizacja, imię.

W ramach projektu, prócz konkursu i plenerowej wystawy (wraz z plenerowym wernisażem i finisażem) zorganizowano również cykl warsztatów i wykładów dla działkowców oraz wszystkich zainteresowanych życiem nieudomowionych lokatorów (zarówno zwierzęcych jak i roślinnych) miejskich terenów zielonych oraz przyjaznego im ogrodnictwa.


Odniesienie do tytułu książki Bettelheima to niejedyny baśniowy kontekst związany z dziełem Śniegockiej. Nawiązując do jednego z alternatywnych tytułów swojej pracy przeprowadziła cykl warsztatów dla dzieci pod nazwą „Biesiada rusałek”. Rozpoczęły się one od malowania wizerunków baśniowych/mitologicznych rusałek, następnie wraz z młodymi podopiecznym obserwowała gromadzące się przy „Dwóch stołach” rusałki-motyle ze szczególnym uwzględnieniem ich mniej rozpoznawalnych form: gąsienic, poczwarek, jaj. Rysowanie ich i malowanie było zapewne doskonałym i przyjemnym („cudownym i pożytecznym”) sposobem, by je zapamiętać.

Kolejny alternatywny tytuł „Stoliczku nakryj się” stał się osnową cyklu spacerów (również przeznaczonych dla młodego odbiorcy) po coraz rzadszych miejskich nieużytkach porośniętych pokrzywą i innymi chwastami oraz coraz częściej spotykanych miejskich łąkach. Właśnie te miejsca okazały się samonakrywającymi/samowyrastającymi stoliczkami dla miejskich owadów (nie tylko motyli). Uczestnicy przygotowali fotograficzną dokumentację uzupełnioną o listę gatunków. Powstała również alternatywna (motyla) wersja baśni „Stoliczku nakryj się”. Efekty obu warsztatowych cykli zaprezentowano publiczności.


Po przeprowadzce na inne osiedle straciłam z oczu (a także uszu i nosa) „Dwa stoły dla motyli”. Przez jakiś czas odwiedzałam miejsca w sieci związane z tym projektem. Potem różne osobiste sprawy pochłonęły mnie do tego stopnia, że przestałam również tam zaglądać.


Wróciłam na „motyli skwer” (w realu) po latach załatwiając coś w okolicy i… nie poznałam tego miejsca. Nie chodzi nawet o to, że dostawiono domki i hotele dla innych niż motyle zapylaczy, takich jak dzikie pszczoły czy trzmiele. Raczej o to, że zarówno te budowle, jak i same stoły stały stały się prawie niewidoczne. Drzewa urosły i zaczęły owocować, nasiona roślin posadzonych w skrzyniach rozsiały, a motyli stół rozlał się na cały skwer. Usiadłam na ławce, która znajdowała się teraz nie przy stole, ale w samym jego środku. Moja skóra chłonęła słońce, uszy– owadzią (i ptasią) muzykę, nos – zapach łąki i żywicy. I nawet wyzierające zza drzew i chaszczy miasto wydawało się jakby mniej natrętne, przyjacielskie.

 

1Druga odsłona wydarzenia „Zoepolis” (listopad 2019) w budynku dawnego składu solnego na krakowskim Zabłociu. Wśród artystek i artystów wymieniono nie-ludzkich mieszkańców kamienicy, z którymi współdziałały ludzkie twórczynie przygotowując wystawę.

piątek, 7 stycznia 2022

2021 - podsumowanie

To nie był najłatwiejszy rok mojego życia. Przyczyniła się do tego zarówno ogólna sytuacja w kraju (zdaję sobie sprawę, że nie jestem w tej sprawie odosobniona), jak i moje prywatne sprawy. Chyba dopadł mnie syndrom ogólnożyciowego wypalenia. Robiłam więc niewiele ponad to, co konieczne. A że tych koniecznych rzeczy było (i wciąż jest) dużo i nie należą do przesadnie energetyzujących (by nie powiedzieć, wręcz przeciwnie), więc i to szło mi opornie.

Miniony rok, a nawet dwa, to również czas dość gorzkich refleksji na temat, nazwijmy to ogólnie, rynku książki i niektórych moich doświadczeń z nim związanych. (Może kiedyś napiszę o tym szerzej). Kilkanaście miesięcy temu pomyślałam nawet, że czas się zawijać. W każdym razie postanowiłam zrobić przerwę w pisaniu (i dotrzymałam tego z drobnymi wyjątkami), licząc, że dzięki temu wypocznę. Nie do końca się to sprawdziło. Niedawno mąż powiedział, że mogłabym wrócić do pisania, bo kiedy to robię, lepiej funkcjonuję. No więc może i czas na to, nawet jeśli moje pisanie miałby teraz wyglądać kompletnie inaczej.

W tej sytuacji nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli powiem, że w minionym roku nie napisałam nowej książki. Nie licząc tego, że w pierwszych jego miesiącach kończyłam tę, która miała się ukazać w 2021. Z przyczyn niezależnych ode mnie i wydawcy została jednak przesunięta na 2022. Ponadto dwie książki, dość nieoczekiwanie, „spadły”. I tak oto w tym roku, po raz pierwszy od lat, nie mogę się pochwalić nową publikacją książkową.

Nie znaczy to jednak, że literacko i artystycznie nic się u mnie nie działo. Choć, co tu dużo mówić, mniej niż w poprzednich latach i przede wszystkim na skutek inicjatywy osób i instytucji, które mnie do różnych przedsięwzięć zapraszały, a nie mojej własnej. Tym bardziej im dziękuję.

Podsumowania noworoczne mają tę zaletę, że pozwalają przypomnieć sobie wydarzenia, o których z perspektywy przełomu grudnia i stycznia nie pamiętamy. Tak też się stało przy okazji pisania tego tekstu i nagle się okazało, że udało mi się stworzyć listę różnego rodzaju sukcesów, dłuższą niż się spodziewałam. Poniżej wymieniam je w kolejności chronologicznej:

- Moja książka „Cień w błękicie” (Wydawnictwo Zielona Sowa) otrzymała jedną z głównych nagród w Konkursie Świat Przyjazny Dziecku Komitetu Ochrony Praw Dziecka. Dziękuję pięknie jury, ilustratorce i wydawcy.

 

- „Tabletki na dorosłość” oraz „Iwo z Nudolandii” (Wydawnictwo Adamada) zostały wydane w formie audiobooka. Bardzo mnie cieszy, że teraz można ich również posłuchać.


- Wzięłam udział w Międzypokoleniowym Festiwalu Literatury Dziecięcej Ojce i Dziadki (https://festiwalliteraturydzieciecej.pl/). Wielkie dzięki dla Agnieszki Karp-Szymańskiej, która się do tego przyczyniła.

źródło zdjęcia: https://www.facebook.com/MiedzypokoleniowyFestiwal/photos/pcb.1204982949941810/1204978589942246

 

- Mój tekst na temat motywów erotycznych w literaturze dla dzieci można było przeczytać w Guliwerze. Bardzo dziękuję Edycie Antoniak-Kiedos za zaproszenie do zabrania głosu w tej sprawie.


 

- Opowiadanie "Bursztyny" mojego autorstwa ukazały się po francusku i niemiecku w szwajcarskiej edycji Kosmosu dla dziewczynek. Ogromnie mnie to cieszy.


 

- Dzięki inicjatywie i zaangażowaniu mojego męża powstała strona z moimi e-bookami. Wielkie dzięki.


- Napisałam wstęp do „Wielozmysłowego Słownika Sztuki”. Jestem wdzięczna Fundacji Wielozmysły za to, że miałam okazję to zrobić. (https://www.wielozmysly.org/pl/)

źródło zdjęcia: https://www.facebook.com/fundacjawielozmysly/photos/a.988213914716127/1709745955896249/

 - Wzięłam udział w zbiorowej wystawie "4x10. Sztuka wokół nas", zorganizowanej na 40-lecie działalności PłockiejGalerii Sztuki. Pokazałam tam dwa obrazy. Dziękuję pięknie kuratorowi Jerzemu Brukwickiemu za zaproszenie.

źródło zdjęcia: https://www.facebook.com/plockagaleria/photos/pcb.4507691285965176/4507668305967474/
 

- Na okładce „Antologii Wyspy” znalazł się dmuchawiec mojego autorstwa. Ogromnie mi miło, że wydawcy tej publikacji wybrali właśnie mnie do zilustrowania okładki.


 

- Mój tekst znalazł się w przepięknej publikacji wydanej z okazji stulecia Naszej Księgarni. To bardzo sympatyczne.

niedziela, 1 grudnia 2019

Wyjść z ukrycia

 W 2016 roku ukazały się "Czarne Jeziora", książka, którą próbowałam wypełnić, dostrzeżoną wówczas przeze mnie lukę w literaturze i wczuć się w sytuację nastolatki, zmuszonej do życia z tajemnicą.

Odkąd HIV i AIDS przestały być tematem na pierwsze strony gazet, kultura właściwie o tym temacie zapomniała, a media przypominają sobie o sprawie przede wszystkim z okazji Światowego Dnia AIDS. Mogło by się wydawać, że to naturalne. Zakażenie HIV nie oznacza dziś wyroku, istnieją skuteczne leki, które pozwalają zakażonym osobom na normalne życie. A w sytuacji, gdy pod wpływem leczenia wirus jest niewykrywalny we krwi można nawet współżyć bez zabezpieczenia, nie obawiając się, że się go przekaże. Zdawałoby się więc, że temat wszedł w sferę normalności. Czyżby? Problem w tym, że zakażenie HIV wciąż wiąże się z wykluczeniem społecznym i trudem życia z tajemnicą. Wpływa to nie tylko na sytuację społeczno-emocjonalną osób żyjących z HIV, lecz również na to, że mimo rozwoju medycyny ludzie wciąż umierają na AIDS z powodu zbyt późnej diagnozy. Stereotypy, tabu, zadawnione lęki i uprzedzenia, myślenie, że mnie to nie dotyczy sprawiają, że wciąż większość z nas się nie testuje. Nawet kobiety w ciąży, choć według mnie w tej sytuacji przynajmniej propozycja testu powinna być standardem ze strony lekarza, bo może to uchronić dziecko przed zakażeniem.

"Czarne Jeziora" opowiadają historię nastolatki od urodzenia żyjącej z HIV. Wcześniej przeprowadziłam wywiad dla portalu ngo.pl z Dominiką Soćko ze Społecznego Komitetu ds. AIDS (SKA): https://publicystyka.ngo.pl/wyjsc-z-ukrycia. Na tyle mnie on poruszył, że postanowiłam napisać książkę.

Marzy mi się sytuacja, w której Magda (bohaterka mojej książki) i każda inna osoba, mogłaby mówić o swoim zakażeniu, w taki sposób, w jaki robią to inni chorzy na choroby przewlekłe (np. na cukrzycę). Dopiero wówczas będzie można mówić o normalności. Co nie oznacza oczywiście, że można będzie wówczas zapomnieć o edukacji. 

P.S. Więcej o powstawaniu "Czarnych Jezior" i moich motywacjach przeczytacie tutaj, we wpisie, który powstał wkrótce po ukazaniu się książki: http://suwalska.blogspot.com/2016/10/czarne-jeziora.html

wtorek, 11 marca 2014

Rzeźba pod tytułem "Dom"

Otóż przez te kilka lat, które minęły od naszego pierwszego (z domem) spotkania stał się on dla nas prawie osobą. Albo przynajmniej naszym prywatnym dziełem sztuki. Zmaterializowaną książką, pełną zapisanych w przedmiotach historii (niektóre wciąż czekają na odczytanie). Użytkową rzeźbą pod roboczym tytułem „Jak mazowieckie mieszczuchy wyobrażają sobie warmiński dom wiejski”. Stąd zapewne nasze, kompletnie nieracjonalne z finansowego (i nie tylko) punktu widzenia i niezrozumiałe (czasem nawet dla nas) poświęcenia i wysiłki. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że nienawidząc sprzątania i remontów przez kilka kolejnych lat spędzałam urlop ogarniając poremontowe pobojowisko? Dlaczego mój mąż – Darek, wygrzebując z pamięci wszelkie znane mu wulgaryzmy, a nawet, nie powiem, wykazując w tym zakresie pewną słowotwórczą inwencję, tynkował krzywo (żaden z miejscowych tynkarzy tak nie potrafi), równie krzywe ściany naszej nowej-starej chałupki?

- Po co remontujemy ten dom? - zadumał się pewnego dnia, zamiast po raz kolejny rzucić mięsem - Bo jest! - odpowiedział sam sobie, parafrazując słowa słynnego himalaisty.


Artykuł z magazynu "Zwykłe Życie" już do przeczytania na stronie mojego warmińskiego bloga. Dowiecie się jak powstawała ta "użytkowa rzeźba". Poznacie m. in. balladę o nieoheblowanej desce i dowiecie się jak wyegzorcyzmować ducha ze strychu. Czytając tekst warto zerkać - co ja mówię "zerkać" - raczej smakować i kontemplować zdjęcia zamieszczone TUTAJ!

środa, 4 grudnia 2013

Nie-Zwykłe Życie Domu na Warmii


Nie-Zwykłe Życie Domu na Warmii. Co prawda od premiery nowego numeru magazynu Zwykłe Życie minął już ponad miesiąc, lecz nigdy nie jest za późno, żeby pochwalić się fajnym artykułem w fajnym czasopiśmie. Więcej zdjęć z tej mini sesji znajdziecie w "Domu na Warmii"

środa, 16 października 2013

Zwykłe (?) życie warmińskiego domu albo "Dom na Warmii" w "Zwykłym Życiu"

Bohater tej opowieści ma ze sto lat i nowiutkie serce (a nawet dwanaście serc – po jednym na każdy miesiąc) w równie nowych, drewnianych okiennicach. Jest drobny i odrobinę garbaty. Ale, jak mawiają miłośnicy tradycji, zbudowano go z dobrego przedwojennego materiału. Sęk w tym, że nawet najlepszy materiał się zużywa.
(Dorota Suwalska, fragment artykułu z czwartego numeru "Zwykłego Życia")

Drodzy Czytelnicy,
dom też może być gościem. Tym razem zawitał do pięknie wydanego magazynu "Zwykłe Życie".
Wszelkie informacje o tym wydarzeniu znajdziecie TUTAJ :)

Zapraszam!!!

piątek, 5 lipca 2013

Znacie miejsce, w którym anioły udzielają wywiadów?

Ja znam :)
Jeżeli i wy chcecie je poznać - zajrzyjcie na mojego warmińskiego bloga. A najlepiej również na portal ngo.pl, na której opublikowałam trochę bardziej oficjalną wersję fotorelacji ze Zlotu Aniołów.

piątek, 8 października 2010

Skrót wiadomości

- Przy okazji przygotowań do wystawy wpadłam na pomysł interaktywnej okładki. Każdy mógłby  wedle własnego życzenia ułożyć na niej tytuł i nazwisko autora. A jakby mu się znudziło to miałby okazję zmienić tytuł - i autora również ;)
- Dwa moje kolejne artykuły na portalu www.ngo.pl: "Jak się pozbyć problemu? (część 1)" i "Jak się pozbyć problemu? (część 2)"  . Jest to kontynuacja tekstu pod tytułem: "W czym problem?", który ukazał się na portalu w lipcu. Ciekawe, że kiedy pisałam o problemach pod artykułem ukazało się całkiem sporo komentarzy, a kiedy pisze o ich rozwiązywaniu - cisza!

wtorek, 31 sierpnia 2010

Skrót informacji, czyli Aniołowo, Wystawa i Apel do Wewnętrznego Narratora

Właśnie ukazał się mój tekst o Aniołowie. Zachęcam do czytania wszystkich, którzy chcą podnieść sobie poziom optymizmu, bo to niezwykłe miejsce i spotkałam tam niezwykłych ludzi.
W ramach przygotowań do wystawy:
a) intensywnie drukuję literki - czekają mnie jeszcze okropnie trudne decyzje dotyczące rozmiaru fonta (150, czy może 300?). Z decyzją dotyczącą, że tak się wyrażę "kroju" nie miałam problemu, to oczywiście Lucida Console :)
b) zakończyłam również korektę/skład/kolejne poprawki swojej książki, co skłoniło mnie do rozlicznych refleksji - zarówno nad samą książką, jej, że tak się wyrażę, "życiorysem"; jak i jej zawartością -  mam wrażenie, że pewne zdarzenia, procesy... sobie w niej prze-pisałam (od prze-powiedni), np. stan, o którym wspominałam w jednym z poprzednich postów. Tyle, że dla bohaterki książki jest on spełnieniem marzeń "jeszcze wszystko jest możliwe", a w poście opisuję go jako symptom kryzysu (kto ciekaw, niech zajrzy). Może więc wystarczy zmienić punkt widzenie.
Po spektakularnym ataku introwertyzmu nadzwyczaj uaktywnił się mój Wewnętrzny Narrator - wystarczy popatrzeć na częstotliwość zamieszczania postów w ostatnich dniach (nie wspominając o tych, których nie zdążyłam zapisać). A wszystko po to, by odciągnąć mnie od pracy nad wystawą, czyli (między innymi) trudnych decyzji dotyczących rozmiarów fonta oraz jeszcze trudniejszych związanych z  ogólną koncepcją - wyprodukowałam już kilka kilka wersji. Stąd mój apel do Narratora - bardzo proszę, produkuj na temat! Czyli o wystawie!!!

czwartek, 5 sierpnia 2010

Skrót wiadomości

- A propos sów, o których sporo było w poprzednim poście - właśnie dodałam nowy odcinek www.terapii - nick jednej z bohaterek to (^@v@^), czyli sowa. Zaś w poście jest baśń... no nie o sowie wprawdzie, lecz o Myszkinie Szarym.
- Jakiś czas temu ukazał się mój kolejny artykuł na portalu ngo.pl. Dzięki za wszystkie komentarze - również krytyczne. Nie dopisałam się do nich z uwagi na ograniczony wówczas dostęp do netu, ale cieszę się, że tekst wywołał dyskusję. Szkoda tylko, że nie wszyscy chcą/potrafią czytać ze zrozumieniem, a może po prostu komuś nie chciało się doczytać do końca. W ostatnim akapicie podkreśliłam "wybiórczy" charakter artykułu - wybiórczy, bo z założenia skupiłam się na problemach i o to właśnie wypytywałam swoich rozmowców. Więc to nie jest tak,  że "zawsze ngo`som jest najłatwiej narzekać"
- Prowadzenie bloga ma to do siebie, że łatwo można sprawdzić jak się reagowało na rożne sytuacje dawniej i skonfrontować z obecną postawą. Dziś przypadkiem trafiłam na tekst z okresu burzy na temat pochowku na Wawelu. Wówczas apelowałam o delikatność w wyrażaniu negatywnych opinii, choć sama byłam temu przeciwna. Patrząc na to jednak z perspektywy czasu pewno sama przyłączyłabym się do protestu.
- Urok prowadzenia bloga polega również na tym, że od czasu do czasu można pozwolić sobie na puszczenie oka ponad głowami Czytelników. Właśnie teraz sobie na to pozwolę i pozdrowię Maćka, który i tak pewno tych pozdrowień nie przeczyta, bo zdecydowanie nie należy do netoszperaczy. To nic. Pozdrawiam go bardziej dla siebie niż dla niego, bo zrobił coś, co bardzo mnie poruszyło.

środa, 16 czerwca 2010

Skrót wiadomości

- Przedwczoraj wróciłam z Anglii. Wyprawa była naprawdę fantastyczna, ale zdam relację dopiero po przygotowaniu zdjęć, by podeprzeć opowieść o jej uroku obrazami.
- W tak zwanym międzyczasie ukazał się mój nowy artykuł na portalu ngo - zapraszam do czytania. Powracam w nim do Nowego Monasterzyska, by się przekonać, co się tam zmieniło od mojej ostatniej wizyty, a zmieniło się naprawdę sporo.

czwartek, 20 maja 2010

Wiadomości

Międzynarodowe Targi Książki
Jeszcze raz o Targach Książki. Stoisko Stowarzyszenia Pisarzy Polskich znajduje się tuż za drzwiami (sektor A stoisko nr 165). Po wejściu do pałacu trzeba przejść przez drzwi po prawej stronie. Tuż za drzwiami pierwsze stoisko po lewej - to nasze stoisko. Serdecznie zapraszam w imieniu własnym (piątek, między 13.30-14.30) oraz koleżanek i kolegów z SPP.

Wywiad na ngo.pl
Mój wywiad z Beatą Jarosz - prezeską Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Gminy Wilczęta już od jakiegoś czasu na portalu ngo.pl. Zapraszam do czytania :)

wtorek, 6 kwietnia 2010

Skrót wiadomości

- W przedświąteczną środę dwie przedstawicielki Zarządu Okręgu Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (to znaczy ja i Małgosia Strękowska-Zaremba) odwiedziły panią Krystynę Nepomucką. Okazją była okrągła rocznica urodzin. Bardzo okrągła, można powiedzieć.
„Pani kończy właśnie 90 lat i trudno zastać ją w domu.” - napisała mi z mailu Małgosia. Nic więc dziwnego, że bardzo byłam ciekawa szanownej jubilatki. Przyznam, że rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. Zachwyciły mnie energia, poczucie humoru, żywiołowość, by wymienić tylko niektóre z zalet... Wcale nie czułam tych kilkudziesięciu lat różnicy. Prócz nas było jeszcze dwoje gości (również młodszych kilkadziesiąt lat od gospodyni). Wciąż dzwoniły telefony z życzeniami. Warto nadmienić, że jubilatka wróciła właśnie z wcześniejszej uroczystości,  spotkanie z nami było więc to kolejnym punkt programu w bogatym rozkładzie dnia naszej gospodyni. Zabawiłyśmy u pani Krystyny o wiele dłużej niż było w planach i , chyba nie skłamię, pisząc, że obie wyszłyśmy oczarowane. To było dla mnie jedno z najbardziej pozytywnych doświadczeń ostatnich miesięcy. Warto wspomnieć, że pani Krystyna wciąż pisze (co dzień wstaje o szóstej rano i siada do maszyny - szczerze podziwiam), zaś Czytelnicy żywo na jej pisanie reagują. Poza tym prowadzi samochód i jeździ po całej Polsce ze spotkaniami autorskimi. Mało tego, występuje podczas tych spotkań w szpilkach. Mnie już dziś trudno dokonać tak karkołomnego wyczynu, dlatego niezależnie okoliczności nosze buty na płaskim obcasie, ale po środowym spotkaniu powzięłam postanowienie, że na swoje 90 urodziny założę szpilki.

- Było też przed świętami smutno. Zwłaszcza na czwartkowym pogrzebie męża koleżanki. Próbowałam zebrać to w słowa, ale mój wewnętrzny narrator odmówił współpracy, więc może innym razem.

- „Teatr przemiany” już na portalu ngo.pl – bardzo zachęcam do przeczytania wywiadu z Dagną Ślepowrońską o stworzonej przez nią metodzie terapeutycznej i współczesnych obrzędach przejścia, które pomagają odmienić życie.

- A propos nietypowych metod terapeutycznych to w opublikowanych ostatnio rozdziałach www.terapii sporo jest na ten temat (opowiada o tym również ostatni odcinek mojego tekstowego serialu). Tyle, że wymyślone przeze mnie metody sprawdzają się w powieści, a te stworzone przez Dagnę działają w realu.

- Wypróbowuję ostatnio nowy „zawód” ;). Jestem detektywem tropiącym poplątane wątki telenoweli – zobaczymy co z tego wyniknie. Niemniej muszę przyznać, że to żmudne śledztwo.

piątek, 12 marca 2010

Sezon 1, odcinek 31. Tym razem w realu

Tak się składa, że komentowanie moich postów odbywa się głównie na Facebooku. Po ostatnim wpisie dostałam komentarz zawierający, że tak się wyrażę, ogólną refleksję dotyczącą zjawiska zasiedzenia w necie. Więc, żeby nie sprawiać wrażenia, że żyję tylko wirtualną rzeczywistością zamieszczam skrót wydarzeń z dnia wczorajszego (w kolejności chronologicznej).
Sekwencja pierwsza:
Samochodowe rozmowy z Darkiem (jechaliśmy razem do Wawy) między innymi o pomyśle post o moim kocie i pomyśle na bajkę inspirowaną twórczością jednego z najwybitniejszych polskich konceptualistów.
Sekwencja druga:
Fantastyczne spotkanie z Julką K, w wyniku którego postanowiłam napisać posta o pewnym zdjęciu pełnym czerwono czarnych rytmów, które miało znaleźć w moim portfelu po tym jak wraz z portfelem skradziono mi znajdujące się tam poprzednio zdjęcie, lecz do tej pory się w nim nie znalazło, a mimo to zaczęło wpływać na moje życie - motto do tego posta to (cytuję z pamięci) "Miłość może zacząć się od metafory (Milan Kundera "Nieznośna lekkość Bytu") - Zmiana również.
Rozmowa z Julką zachęciła mnie również do zaprezentowania tutaj postaci Burchla, który może okazać się bardzo pożyteczną istotka, jeśli pozwolimy mu działać w naszym życiu.   
Sekwencja trzecia:
Idąc na wywiad dotyczący idei zrównoważonego rozwoju miast zobaczyłam na samym środku Placu Defilad leżącego na wznak jegomościa z otwartym rozporkiem i wywalonym na wierzch penisem. Obok widniała mokra plama. Wyglądało to tak jakby gość zszedłbył podczas sikania. Odpuściłam sobie rozważania na temat tego, kto sika na środku wielkiego betonowego placu w samym centrum miasta i zatrzymałam się żeby zadzwonić (na pogotowie, policję?) Wówczas zobaczyłam dwie starsze panie, które już w tej gdzieś wydzwaniały. Wymienilyśmy kilka uwag (one również były zdania, że człowiek nie żyje), gdy do leżącego podszedł mężczyzna (o równie, co leżący niechlujnym wyglądzie i najwyraźniej jego znajomy)  i probówał go ocucić. Po kilku nieudanych próbach sam rzucił do nas: "Trzeba zadzwonić po straż miejską". Wówczas leżący z trudem usiadł (zapewne był "tylko" pijany, no ale podczas upadku mógł sobie coś uszkodzić), a paniom udało się dodzwonić do stosownych służb. Finału nie znam, bo uspokojona, że człek jest już "zaopiekowany" pospieszyłam na wywiad, po którym zadzwonił do mnie syn i opowiedział, jak to był świadkiem wypadku: sportowy wóz wjechał w tył cinquecento po czym kierowca sportowego próbował pobić kierowcę "cieniasa". Szczęśliwie tamtemu udało się skryć w samochodzie. Zebrał się tłumek gapiów, lecz gdy przyjechała policja i trzeba było robić za świadka wszyscy się rozpierzchli. Oprócz mojego syna i gościa, który odciągał nerwowego kierowcę. W tym czasie kierowca cieniasa (sam drobniaczek) dodzwonił się do kumpla z pracy (jeden z warszawskich fastfoodów niedaleko którego wszystko, co wyżej opisałam miało miejsce). Kumpel, który okazał się niezłym byczkiem, by nie powiedzieć bysiorem powziął zamiar zrewanżowania się w imieniu kolego kierowcy sportówki, ale obecni przy tym policjanci zdołali odwieść go od tego.  
Taaaakkkk... to interesujące okoliczności wokół rozmowy na temat zrównoważonego rozwoju miast.
Sekwencja czwarta:
Fantastyczna zabawa podczas Warsztatów Filmowych. Dawno się tak nie ubawiłam. Wymyśliłam terapię za pomocą wspólnedgo robienia filmów (choć, po prawdzie, pewno dawno ktoś już coś takiego wymyślił) .
Wracałam, jak zwykle, z M. - niesamowicie sympatyczna 26-latka (na marginesie - najmłodszy uczestnik jest rok młodszy od mojego syna). Wyglądała na mocno zaskoczoną, gdy wyznałam, że mój syn zrobił film. W jeszcze większe zdumienie wprawiło ją o informacja o wieku mojego syna - jeżeli już to najwyżej jakiś robiący filmy 10-11 latek, a w ogóle to nie wyglądam i nie zachowuję się jak mama (pracuje z dziećmi, więc ma doświadczenie w rozpoznawaniu mam ;)). Nie byłam pewna, czy jest to komplement, ale z jej dalszych słów wynikło, że raczej tak.  
Z tego wszystkiego postanowiłam zaadaptować swoją bajkę na etiudę filmową. Jeszcze kilka takich czwartków (ostatnio czwartki mam wyjazdowe) i będę miała plany twórcze na co najmniej trzy lata.   
P.S. Zajrzałam właśnie na portal ngo i zobaczyłam, że właśnie opublikowano mój tekst o stowarzyszeniu zajmującym się pojazdami, które potrafia latać wszędzie.
I w ten oto sposób z dnia wczorajszego przeszliśmy do dzisiaj, a zarazem (paradoksalnie) do niedalekiej przeszłości, bo przecież wywiad przygotwywałam nie dziś, nie wczoraj.

środa, 17 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 25. Zobaczyć!

Nie zachęcisz przeciętego gimnazjalisty do zajęć artystycznych tłumacząc mu, że stanie się przez to bardziej wrażliwym odbiorcą sztuki. Ale jeśli mu powiesz, że będzie dzięki nim sprytniejszy, bardziej zaradny, nie pozwoli się wyrolować, to może się zainteresować. 
Wbrew pozorom nie myślę o takiej motywacji w kategorii przynęty. Naprawdę uważam, że edukacja artystyczna powinna przede wszystkim przygotować do codzienności. Jeżeli nauczymy się korzystać z niej w ramach „prozy życia”, to z pewnością rozpoznamy ją również w „warstwie poetyckiej”.;)  I jestem przekonana, że tak właśnie powinno się podchodzić do "plastyki" w szkole. Praktycznie. Co niekoniecznie oznacza praktycznie uczyć rozmaitych technik plastycznych. 
Mam na myśli przede wszystkim to, że jeśli młody człowiek pozna podstawowe prawidła dotyczące psychologicznego oddziaływania koloru, czy kompozycji, swego rodzaju wizualne abecadło, to będzie w stanie odczytać zarówno to, co mówi do naszej podświadomości reklamowy baner, jak i abstrakcyjny obraz. 
To swoisty paradoks – żyjemy w cywilizacji obrazkowej, a nie potrafimy rozpoznać, co oznaczają spotykane na co dzień symbole, znaki, obrazy. Dlatego mylimy się w rozpoznawaniu atakujących nas zewsząd wizualnych komunikatów i dlatego tak łatwo nas nabrać, zwieść, omamić. Zwłaszcza, że spece od mediów i reklamy doskonale to wizualne abecadło znają i potrafią z niego korzystać. Co ja piszę? Nie tylko abecadło ale całą skomplikowaną gramatykę i stylistykę. 

Tymczasem przeciętny mieszkaniec naszego kraju nie ma pojęcia, jak wpływa na nasze emocje widok kompozycji statycznej, a jak dynamicznej? Dlaczego tak często niebieski jest kolorem opakowań środków czystości, a tak rzadko „pakuje się” weń żywność? Dlaczego dziewczyna z reklamy nosi czerwoną sukienkę? 

Nauczyciel zadając tego typu podstawowe pytania i szukając na nie odpowiedzi dałby swoim podopiecznym przekaz: radź sobie w życiu, nie daj się oszukać, zwieść, uwieść lub przynajmniej miej świadomość, że cię uwodzą. A przy okazji sam nie wiesz kiedy znajdziesz radość z oglądania dzieł sztuki. 
Takie wizualne abecadło można wykorzystać również do przybliżania innych kultur, rozszyfrowywania kulturowych kodów. Chodź by porównując przykładowe dzieła. W tradycji wschodniej obrazy mają na ogół otwartą kompozycję, a człowiek stanowi równoważny z innymi element pejzażu. W europejskich dziełach mamy zazwyczaj kompozycję zamkniętą, a pejzaż jest jedynie tłem dla człowieka. Nietrudno odczytać jak to się ma na przykład do roli człowieka i natury w tych kulturach. To naturalnie pewne uproszczenia. Niemniej jestem przekonana, że analiza kompozycji traktowana w kategorii detektywistycznej przygody pozwoliła by nie tylko ciekawie, ale i skutecznie uczyć.
„Znajomość tych prawideł może się również przydać w edukacji emocjonalnej. Nie każdy musi namalować piękny obraz, ale każdy może za pomocą kolorów, kompozycji, faktur wyrazić to, co czuje, odreagować swoje emocje.”

Opisane powyżej pomysły przyszły mi do głowy wiele lat temu, gdy przymierzałam się do działalności pedagogicznej (jeden z wielu pomysłów na życie). Przypomniałam je sobie przy okazji wywiadu, który robiłam niedawno.
Wciąż marzy mi się wprowadzenie takiego programu wizualnej edukacji do szkół. Wiem, że to nie łatwe, że wymagałoby współpracy sztabu specjalistów zajmujących się różnymi dziedzinami sztuki i reklamy, nieustającej aktualizacji i nadążania za zmianami w otaczającej nas wizualnej rzeczywistości. Ale może warto podjąć taki wysiłek.

P.S. O tym, że Polacy "nie widzą" przekonałam się po raz kolejny przypominając sobie "Dzienniki Gombrowicza". Uwielbiam go, ale jego poglądy na malarstwo... No ale chyba temat na oddzielny odcinek .

czwartek, 11 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 21. Otwarcie Świetlicy w Nowym Monasterzysku


To prawdziwa radość spotkać ludzi, którzy chcą zmienić coś w świecie, w którym żyją i nie czekają, żeby ktoś zrobił to za nich. Zamiast narzekać zakasują rękawy (w tym przypadku również w dosłownym sensie) i wspólnie biorą się do pracy. Nawet jeśli pojawiają się trudności i chwile zniechęcenia nie rezygnują, tylko szukają nowych rozwiązań. "Gdy brakowało nam umiejętności, zapraszaliśmy do pracy nowe osoby. " *
O takich właśnie ludziach napisałam w grudniu ubiegłego roku na portalu ngo.pl. Temat znalazłam w bazach ngo. Jechałam właśnie do swojej chałupki na Warmii i pomyślałam sobie, że fajnie by było napisać tekst o jednej z funkcjonujących w okolicach organizacji pozarządowych. Drogą selekcji wytypowałam te, które zadały sobie trud założenia strony internetowej. Co spowodowało, że spośród nich wybrałam Stowarzyszenie Mieszkańców i Przyjaciół Wsi – Nowe Monasterzysko? Intuicja? Szczęśliwy traf?
Kiedy spotkałam się w grudniu z paniami z Zarządu Stowarzyszenia trwały właśnie prace remontowe wiejskiej Świetlicy.
"Łącznie do prac przy remoncie włączyło się 30 % mieszkańców : 25 mężczyzn , 15 kobiet, 10 dziewcząt, 10 chłopców. Przepracowaliśmy 960 godzin.
Pracowaliśmy w czasie wolnym, biorąc urlopy, czy rezygnując z dodatkowych zleceń, które stanowią uzupełnienie budżetów naszych rodzin. Niektórzy z nas remontowi oddali serce, Robert Śluborski z żoną , małżeństwo Aneta i Marek Dietrych. Wszystkie prace - z wyjątkiem stawiania komina , wykonali mieszkańcy : mężczyźni murowali, szpachlowali, montowali płyty, instalacje; kobiety skrobały ściany, czyściły, myły, szlifowały, szyły. Do prac włączały się także dzieci, a najstarsi chłopcy pracowali na równi z mężczyznami."
Marzeniem mieszkańców było stworzenie wspólnej przestrzeni, miejsca w którym dzieci i młodzież mogłyby spędzać wolny czas, rozwijać zdolności, a dorośli spotykać się ze sobą. Stąd idea, by przywrócić do użytku świetlicę, która służyła mieszkańcom przed laty. Oficjalne spotkanie w tej sprawie miało miejsce zaledwie miesiąc przed moją wizytą w Nowym Monasterzysku.
"W połowie listopada 2009 w tym miejscu, które wyglądało zupełnie inaczej , odbyło się spotkanie władz gminy i mieszkańców Monasterzyska. Obie strony złożyły deklaracje przyczynienia się do zmiany wyglądu pomieszczenia: Pan Burmistrz zadeklarował wkład pieniężny , mieszkańcy – prace swoich rąk oraz zaskórniaki ze swoich portfeli."
Podczas mojej grudniowej rozmowy z przedstawicielkami Stowarzyszenia usłyszałam, że zamknięcie wstępnego etapu remontu i otwarcie świetlicy planowane jest na przełom stycznia i lutego. Dziś muszę przyznać, że w Nowym Monasterzysku dotrzymują terminów. :)
Już na zimowe ferie świetlica została udostępniona dzieciom i młodzieży. Były spotkania z animatorem Elbląskiego Stowarzyszenia Wspierania Inicjatyw Pozarządowych oraz próby do koncertu organizowanego z okazji otwarcia Świetlicy. Wcześniej, bo już od połowy grudnia dzieci ćwiczyły w domach prywatnych. że same przygotowały choreografię tanecznego pokazu.
06.02.2010r. świetlica została oficjalnie otwarta. W pierwszy weekend lutego odbył się również koncert dla babć i dziadków (5 lutego) oraz koncert dla mieszkańców i przyjaciół (7 lutego).
Miałam być na otwarciu, ale niestety nie mogłam dojechać, więc chociaż tą drogą przesyłam szczere gratulacje i życzenia dalszego rozwoju. Dziękuję też za wszystkie maile i maile informacje, które docierały do mnie w międzyczasie. To miłe, gdy dziennikarska przygoda nie kończy się z chwilą opublikowania artykułu.
Więcej informacji o Stowarzyszeniu i mieszkańcach Nowego Monasterzyska pod adresem: http://www.monasterzysko.ngo.org.pl/_/. Tam też można zobaczyć, jak świetlica wyglądała wcześniej i jak prezentuje się obecnie.
Na zdjęciu próba w świetlicy. Źródło: http://www.monasterzysko.ngo.org.pl/_/strona/Koncert__Tacy_jestesmy_2010.htm
* wszystkie cytaty pochodzą z przekazanej informacji, którą przekazała mi mailowo pani Teresa Miszkiewicz- Florczyk ze Stowarzyszenie Mieszkańców i Przyjaciół Wsi - Nowe Monasterzysko.