sobota, 14 lutego 2026
Fredo
niedziela, 11 stycznia 2026
2025 - podsumowanie
Był to rok, w którym wydarzyło się wiele śmierci i wiele chorób w bliższym i dalszym otoczeniu. Wymienię tylko dwie śmierci: śmierć mojej mamy z powodu przewlekłej, trwającej od lat choroby.
I morderstwo w bliskim otoczeniu na wspaniałej znajomej osobie. Śmierć, której pewno można było uniknąć, gdyby system i ludzie, którzy go tworzą, zadziałali prawidłowo.
Bardzo trudnym (a przy tym czasochłonnym i energochłonnym) doświadczeniem okazało się załatwianie spraw związanych z dziedziczeniem po mamie. Z pewnością wbrew jej intencjom. Nie spodziewałam się tego. Temat jeszcze nie zakończony, ale liczę, że to co najtrudniejsze, mam już za sobą.
Co do chorób, to dwie (szczęśliwie krótkie) hospitalizacje jednej z najbliższych mi osób (nie uwzględniam tu pobytu mamy szpitalu i jej choroby), paradoksalnie nie okazały się najdramatyczniejszym wydarzeniem z kategorii "choroby" w bliskim otoczeniu. Choć niewątpliwie tym, które najbardziej mnie dotknęło.
Ale były przecież pozytywy (przyjmując dla wygody dualistyczne podejście). I teraz będę pisać o nich.
PISANIE I NIE TYLKO
Z uwagi na sytuacje życiową w ostatnich latach, wypadłam trochę (może więcej niż trochę) z życia literackiego. Ale już w 2024, zdecydowałam, że spróbuję to zmienić. Pierwsze efekty są.- Dostałam stypendium artystyczne m.st. Warszawa na rok 2026. Wkrótce więcej na ten temat.
- Przygotowałam tomik wierszy. Na razie jeszcze nie wiem, co się z nim stanie, ważne że jest.
- "Rok w lesie. Lipiec", czyli jeden z audiobooków z opublikowanego w 2025 roku cyklu, znalazł się wśród 10 najchętniej słuchanych audiobooków lipca w Empik Go!
- Podpisałam umowę i zaczęłam pisać nowy cykl audiobooków.
- Podpisałam umowę na opowiadanie do antologii.
- Prowadzę rozmowy na temat jeszcze jednej książki, czy raczej, biorąc pod uwagę objętość, książeczki. Jeszcze nie wiem, co z tego wyniknie, ale doceniam, że ten fakt zaistniał.
- W 2024 roku miałam jedno spotkanie autorskie. W 2025 było ich sześć. Nawet jeśli ktoś uzna, że szału nie ma, i tak jestem zadowolona. Jakby nie patrzeć to sześciokrotna przebitka.
- Pracowałam nad projektem dotyczącym sztuki bazgrołów.
- Rozpoczęłam archiwizację moich działań wizualnych.
WYJAZDY
Zdjęcie zrobione podczas Festiwalu Szumiące Trawy
Ostatnie lata nie sprzyjały również wyjazdom. I choć wizyty w naszej prawie-warmińskiej chałupce okazywały się w trudnych czasach kojące, i bardzo to doceniam, to zapragnęłam również podróży w inne miejsca. Częściowo udało się to zrealizować, i choć głównie były to wyjazdy związane z życiem zawodowym, i tak się cieszę.
- Drezno – udział mojego męża w Ostrale Biennale Dresden (Drezno1 i Drezno2);
- Górzyca – udział w Festiwalu Szumiące Trawy;
- Rogowo/Kołobrzeg – wyjazd na Festiwal Transport Literacki.
ŻYCIE TOWARZYSKIE, WYJŚCIA
Niespecjalnie mi się udała odbudowa życia towarzyskiego, mimo, że wcześniej i tak nie byłam przesadnie towarzyska, więc próg wejścia nie był wysoki. Ale i tu można znaleźć „jaskółki”: np. nowe znajomości związane z wyżej wymienionymi wyjazdami czy udziałem w II Edycji Opowiadania Światów. Chciałby częściej spotykać „starych” znajomych i częściej poznawać nowych ludzi nie tylko ze względu na sprawy zawodowe. Ale przecież nic straconego.
NOWE
W 2026 zapowiada się wiele ważnych zmian. Wygląda na to, że to będzie dla mnie naprawdę Nowy Rok. Na pewno będę o tym pisać.
Z kolei w 2025 pojawił się nowy domownik. Kot mojej mamy trafił do naszego domu z powodu jej przedłużającego się pobytu w szpitalu i jest z nami do dzisiaj.
P.S. Z uwagi na spodziewane (i niespodziewane zapewne też) zmiany, ilustruję podsumowanie tajemniczym zdjęciem z Rogowa - morskie przejście dla pieszych, ale... dokąd?
czwartek, 27 marca 2025
Mamie
Niedługo minie miesiąc. 03.03 o godzinie 03:30 po siedmiu latach układania się z chorobą zmarła moja mama, Elżbieta Suwalska. To wspomnienie nie będzie długie ani doskonałe i prawdopodobnie nie ostatnie, bo wciąż trudno mi uwierzyć w to, co się stało i trudno o tym pisać. Ale chcę, żeby powstało, by w natłoku załatwiania spraw po śmierci bliskiej osoby, nie pominąć tego, co najważniejsze, czyli tej właśnie bliskiej osoby i pamięci o niej.
Mama była wybitną nauczycielką. Niektórzy z jej uczniów utrzymywali z nią kontakt przez dziesięciolecia. Wiem o tym z jej opowieści o rozmowach telefonicznych (a wcześniej również spotkań) z dawnymi podopiecznymi. I nie tylko z tych opowieści. Koleżanka z pracy zrelacjonowała mi rozmowę z jedną z uczestniczek pogrzebu. Była to mama uczennicy sprzed dziesięcioleci. Dawna uczennica, z powodu choroby, nie mogła pożegnać swojej pani z podstawówki osobiście. Ale wysłała na pogrzeb mamę z prośbą, by przekazała córce swojej nauczycielki (czyli mnie), jakim pani z podstawówki była dla niej ważnym człowiekiem. Ze względu na dużą liczbę osób, mamie uczennicy nie udało się ze mną porozmawiać na pogrzebie. Poprosiła więc o przekazanie mi informacji.
Mama była również terapeutką pedagogiczną oraz pionierką zastosowania dramy w terapii pedagogicznej i nauczaniu początkowym. Autorką książek. W wydawnictwie Harmonia wydała wiele pozycji wspomagających rozwój dziecka i przydatnych w terapii dysleksji czy dysortografii. Opublikowała je już w trakcie choroby.
Lubiła pomagać. Zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowo. Po przejściu na emeryturę, dopóki zdrowie jej na to pozwoliło, wolontariacko prowadziła terapię pedagogiczną dla podopiecznych lokalnego Domu Dziecka.
Była osobą ważną dla wielu ludzi. Świadczy o tym choćby fakt, że po siedmiu latach życia w izolacji spowodowanej chorobą, jej pogrzeb zgromadził tyle osób, a ja przeprowadziłam wiele rozmów z jej przyjaciółkami, którym, tak jak i mnie, trudno było uwierzyć w to, co się stało.
Z zamiłowania, talentu (i dziecięcych marzeń) była aktorką obdarzoną znakomitym głosem. Ten talent i twórczy umył bardzo przydawał się jej zarówno podczas zajęć z dziećmi, jaki warsztatów dla nauczycieli. I nie tylko. Na zdjęciu widzicie ją z irokezem podczas występu w przedstawieniu w reżyserii Dagny Ślepowrońskiej.
Przekazałam jej to zdjęcie do szpitala, w którym spędziła ostatni czas swojego życia. To była dla niej wielka radość zobaczyć je, przypomnieć sobie przedstawienie i siebie w nim. Cieszyłam się, że tak drobnym gestem mogłam ją ucieszyć. Czasami małe gesty mogą bardzo wiele znaczyć.
Świadomie nie przerabiłam zdjęcia na czerń i biel, jak to się zwykle robi ze zdjęciami dołączanymi do wspomnień o zmarłych osobach. Zostawiłam je takie, jak w oryginale, kolorowe. Kolorową mamę na kolorowej fotografii.
poniedziałek, 4 lutego 2019
Paweł - wspomnienie
Paweł miał nie tylko piękny głos (nie ukrywam, że zdarzało mi się zazdrościć np. sukcesów na kolonijnych festiwalach, wcześniej to ja wygrywałam), lecz również znakomity słuch. W wieku 7 lat trafił do Szkoły Muzycznej przy ulicy Miodowej w Warszawie. To dlatego w naszym niezbyt dużym mieszkaniu w bloku pojawił się fortepian, niewielki co prawda, ale jak na nasz metraż, był to mimo wszystko pokaźny instrument, zajmujący sporą część dużego pokoju (rodzice oddali nam duży pokój, który podzielony został regałami na pół, a sami zamieszkali w mniejszym). Prócz fortepianu w domu pojawiła się wiolonczela (główny instrument Pawła) zamieniony po latach na klarnet. Z tego co pamiętam powodem tej zmiany był fakt, że bratu zbyt wolno rosła ręką w stosunku do reszty ciała, a co pewien czas musiał zmieniać instrument na większy. Pojawiła się też muzyka: codzienne ćwiczenia na wiolonczeli i na fortepianie, niezwykła postać pana stroiciela, pojawiająca się regularnie w naszym domu...
Naukę w szkole muzycznej przerwała choroba. To był bardzo trudny czas dla całej rodziny. Zwłaszcza dla rodziców (ja chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji) i samego Pawła, który jako bardzo młody a z drugiej strony obdarzony już dużą świadomością chłopiec (druga połowa podstawówki) musiał zmierzyć się z tak trudnymi tematami jak ciężka choroba (która doprowadziła niektórych jego szpitalnych znajomych do kalectwa) i śmierć (pamiętam opowieść o tym, jak umarła jego koleżanka ze szpitala). Dopiero po latach w pełni sobie uświadomiłam, jak duży wpływ musiało mieć na niego to doświadczenie.
Paweł wyzdrowiał, ale do grania nie wrócił. Myślę jednak, że potrzeba tworzenia w nim pozostała. Jako dorosły człowiek przez pewien czas tworzył efekty pirotechniczne do filmów (m. in. „Mistrz” Piotra Trzaskalskiego). Miał też twórcze podejście do innych rzeczy, które robił w swoim życiu. Zamiłowanie do filmu odziedziczył po nim syn Arkadiusz (ewolucje kaskaderskie: m.in. „Wołyń, „Krew Boga”).
Są również inne, nie mniej ważne, materialne ślady. Wybudował piękny dom dla swojej rodziny i pomógł w budowie i remoncie domu, w którym mieszkam. Istnieje również wiele innych domów, w których pozostała cząstka pracy mojego brata.
Z niematerialnych śladów najważniejsza jest chyba nieustająca pamięć w sercach bliskich: mamy (nasz tata zmarł wcześniej), żony, dwójki dzieci, mojej, czyli siostry...
Dla mnie osobiście ważne jest również to, że był niezwykle wrażliwym człowiekiem. Świadczy o tym chociażby fakt, że po obejrzeniu reportażu o transporcie zwierząt na rzeź zrezygnował z jedzenia mięsa.
Mogłabym jeszcze wiele tu napisać, bo otwierają się wspomnienia. To chyba jednak już następnym razem. Ten wpis traktuję raczej jako wstęp do wspomnień.
P.S. Skan przedstawia prezent, który przygotowałam Pawłowi pod choinkę, w czasach, kiedy był jeszcze jeszcze moim małym braciszkiem. Paweł był trzy lata ode mnie młodszy, co w młodszym wieku stanowiło sporą różnicę. Regularnie rysowałam też programy do na jego egzaminy z wiolonczeli, ale nie wiem, czy jakiś się zachował. W wieku młodzieńczym różnica wieku zaczęła się zacierać, a Paweł okazał się bardzo lojalnym i wspierającym bratem - ”rówieśnikiem”, który potrafił stanąć po mojej stronie.
piątek, 20 października 2017
Tacie...
Kilka lat temu rozmyślałam o śmierci więcej niż zwykle, głównie w kontekście własnej śmiertelności, tego co mogłoby się stać z moimi bliskimi, gdyby mnie zabrakło. W pewnym momencie olśniło mnie. Chciałabym dwóch rzeczy: żeby poradzili sobie beze mnie i żeby o mnie pamiętali. I ta oto prosta i oczywista konstatacja nieoczekiwanie przyniosła mi spokój. Myślę, że tego samego pragnąłby mój tata. Dlatego postanowiłam napisać ten post. Ja oczywiście o moim tacie nigdy nie zapomnę, ale chciałabym też podzielić się tą pamięcią z innymi. Już dawno myślałam o tym, by jakoś upamiętnić swoich zmarłych bliskich, ale nie bardzo miałam na to pomysł. Na razie będę robić to w najprostszy sposób. Po prostu napiszę o nich na blogu. Tak się stało, że tata wczoraj miał urodziny, a to dobry moment, by zacząć to robić. Nieprzypadkowo wybrałam ten zabawny dyplom, jako pretekst, żeby o tacie napisać. Pokazuje on bowiem, że kochał mnie i wspierał moje wybory życiowe, mimo obaw, czy pozwolą mi one zarobić na życie. Sam, jako osoba wychowana w ubogiej rodzinie w swoich decyzjach zawodowych kierował się raczej rozsądkiem. Do tego stopnia wspierał, że jako stolarz-hobbysta włączał się w moje szalone pomysły tworząc np. konstrukcję wymienionej w dyplomie Nieskończoności. Dla wyjaśnienia, pierwsza wersja Nieskończoności, to spory obiekt w postaci walca z otworem, do którego można było zajrzeć, by ujrzeć w środku linię prostą bez początku i końca. Ja wszystko miałam fantastycznie opracowane, ale nie wiem, czy obiekt powstałby, gdyby nie wsparcie taty. Wybudował konstrukcję, na której opierały się ukryte w walcu, dwa ułożone naprzeciw siebie lustra i pomagał rozwiązać wszelkie techniczne problemy. A to tylko jeden z przykładów wsparcia, którego mi udzielał (wraz z mamą) w różnych dziedzinach życia.
Do końca też pozostanie dla mnie wzorem, jak znosić ciężką chorobę. Chorobę, która do tego stopnia zdominowała moją pamięć o tacie, że przez długi czas nawet śniłam go chorego. A przecież te kilka lat kiedy chorował, w kontekście niespełna 60 lat, które przeżył, to tylko fragment życia. Dopiero po pewnym czasie moje sny zaczęły pokazywać go również zdrowego. I dopiero wtedy poczułam, że zaczynam odzyskiwać pamięć o tacie. Na szczęście, tuż przed śmiercią, w szpitalu zdążyłam powiedzieć mu, że go kocham. To niby takie oczywiste, że kochamy. Tyle, że często nie mówimy o tym na co dzień, jakby zostawiając to na bliżej nieokreślone, odświętne okazje. Tata oczywiście też powiedział, że mnie bardzo kocha, czego też oczywiście zawsze byłam pewna. A jednak był jeden z najbardziej poruszających momentów w moim życiu.
Śmierć bliskiej osoby na zawsze nas zmienia, a dzisiejsze czasy nie sprzyjają przeżywaniu żałoby. Natychmiast wracamy do pracy. Brakuje rytuałów, które pomogły by się z nią uporać. Brakuje rozmów i zajmowania się śmiercią na co dzień; przekazu, jak sobie z nią radzić, oswajania z jej nieuchronnością. Dlatego moja żałoba po tacie (rozcieńczona w codzienności) trwała długo. Nie umiałam, nie miałam czasu, żeby się na niej skupić. A może sama sobie ten brak czasu stwarzałam, żeby nie dopuścić do siebie całego bólu naraz.
Kilka lat temu, zupełnie doświadczyłam czegoś absolutnie niezwykłego. pamiętam, że jechałam samochodem, nie myśląc o niczym szczególnym i w pewnym momencie nieoczekiwanie zobaczyłam obok siebie (jakimś wewnętrznym wzrokiem) uśmiechniętą, łagodną i spokojną twarz (a może raczej popiersie?) mojego taty zbudowaną jakby z półprzezroczystej materii.
Jak już pisałam, przez długi czas po śmierci nie mogłam wyobrazić sobie (przypomnieć) taty sprzed choroby, nawet w snach pojawiał się chory. Dopiero po pewnym czasie moja wyobraźnia odzyskała zdolność cofania się w dalszą przedchorobową przeszłość. Jednak w twarzy, którą zobaczyłam jadąc samochodem było również coś, co tata zyskał(?) podczas choroby, ponieważ w tym czasie ujawniło się w nim wiele wspaniałych cech. Nie była ani młoda, ani stara, nakładały się w niej wszystkie okresy życia, z których tatę pamiętam. I zrozumiałam/poczułam, że zakończył się we mnie/w nowym taty świecie pewien proces i tata, choć niewidoczny, już zawsze będzie ze mną, będąc jednocześnie w tamtym świecie.
Powiecie, że to jakiś mistycyzm? Pewno tak. Ale co z tego?
Może to dziwne, że z okazji urodzin taty opisałam jego śmierć, ale trudno ją pominąć, skoro już nastąpiła. I może ten opis to też jest fragment jakiegoś procesu, oznacza, że najpierw muszę opisać śmierć, by przejść do opisywania życia. Tak jak jakiś czas musiał minąć, zanim byłam w stanie wyobrazić sobie tatę sprzed choroby.





