Po spotkaniu w Krośnie, jadę na kolejne do Jedlicza. Zdałam sobie sprawę, że to miejsce dla mnie szczególne. Otóż leżącym w gminie Jedlicze Żarnowcu znajduje się dworek (obecnie muzeum), w którym mieszkała Maria Konopnicka i który został jej przekazany jako dar narodu polskiego w dwudziestopięciolecie pracy literackiej. Jako mała dziewczynka byłam przekonana, że kiedy zostanę pisarką, również otrzymam taki dworek, więc, uprawiając ten zawód, sprawami mieszkaniowymi nie muszę zawracać sobie głowy. Warto zaznaczyć, że to nie perspektywa mieszkania w podarowanym przez społeczeństwo dworku wpłynęła na moje zamiłowania literackie, był to raczej (w moim mniemaniu) sympatyczny skutek uboczny obrania tej drogi życiowej.
Moja mama próbowała delikatnie sprowadzić mnie na ziemię, tłumacząc, że nie każdy pisarz otrzymuje tego typu dar. Przyznam, że byłam sceptycznie nastawiona do jej rewelacji. Dziś muszę przyznać, że miała rację. Choć, z drugiej strony... może lepiej myśleć, że wszystko przede mną ;)
czwartek, 30 marca 2017
środa, 15 marca 2017
wtorek, 14 marca 2017
Zapraszamy do Nudolandii
"Iwo z Nudolandii" już w sprzedaży :)
Miłośników pięknych obrazków zapraszam na stronę Marty Krzywickiej, gdzie można obejrzeć również ilustracje do mojej najnowszej książki: http://martakrzywicka.pl/test3/
Wszystkim, którzy mają dość ciekawych czasów, dedykuję jej początkowy fragment:
Dawno, dawno temu było sobie spokojne i bogate królestwo, które słynęło z tego... że nic się w nim nie działo. To znaczy niby coś tam się działo: rolnicy zbierali zboże, murarze budowali domy, a pisarze układali baśnie dla dzieci i dorosłych. Ale nie było to nic takiego, co warto pokazać w telewizji. Mieszkańcy Nudolandii każdego wieczora włączali telewizor, a śliczna prezenterka niezmiennie oświadczała:
– Drodzy Państwo, dzisiaj znowu nic się nie wydarzyło.
I ku radości wszystkich dzieci zapowiadała kreskówki. Nie muszę chyba dodawać, że mali mieszkańcy sąsiednich państw okropnie zazdrościli dzieciakom z Nudolandii.
Ktoś mógłby powiedzieć, że w Nudolandii było nudno. Owszem, było. I cóż z tego, skoro Nudolandczykom bardzo to odpowiadało? Corocznie z wielką pompą obchodzili najważniejsze święto państwowe, czyli Dzień Spokoju. A kiedy w nudolandzkiej rodzinie pojawiało się dziecko, rodzice i dziadkowie błogosławili je słowami:
– Obyś zawsze żył w nudnych czasach.
To chyba najlepiej świadczy o tym, jak bardzo wszyscy Nudolandczycy cenili sobie święty spokój.
Napisałam: wszyscy?
Przepraszam!
Wszyscy oprócz jednej osoby (...).
Miłośników pięknych obrazków zapraszam na stronę Marty Krzywickiej, gdzie można obejrzeć również ilustracje do mojej najnowszej książki: http://martakrzywicka.pl/test3/
Wszystkim, którzy mają dość ciekawych czasów, dedykuję jej początkowy fragment:
Dawno, dawno temu było sobie spokojne i bogate królestwo, które słynęło z tego... że nic się w nim nie działo. To znaczy niby coś tam się działo: rolnicy zbierali zboże, murarze budowali domy, a pisarze układali baśnie dla dzieci i dorosłych. Ale nie było to nic takiego, co warto pokazać w telewizji. Mieszkańcy Nudolandii każdego wieczora włączali telewizor, a śliczna prezenterka niezmiennie oświadczała:
– Drodzy Państwo, dzisiaj znowu nic się nie wydarzyło.
I ku radości wszystkich dzieci zapowiadała kreskówki. Nie muszę chyba dodawać, że mali mieszkańcy sąsiednich państw okropnie zazdrościli dzieciakom z Nudolandii.
Ktoś mógłby powiedzieć, że w Nudolandii było nudno. Owszem, było. I cóż z tego, skoro Nudolandczykom bardzo to odpowiadało? Corocznie z wielką pompą obchodzili najważniejsze święto państwowe, czyli Dzień Spokoju. A kiedy w nudolandzkiej rodzinie pojawiało się dziecko, rodzice i dziadkowie błogosławili je słowami:
– Obyś zawsze żył w nudnych czasach.
To chyba najlepiej świadczy o tym, jak bardzo wszyscy Nudolandczycy cenili sobie święty spokój.
Napisałam: wszyscy?
Przepraszam!
Wszyscy oprócz jednej osoby (...).
poniedziałek, 6 marca 2017
"The Eagle Landed: Apollo 11" in Berlin
Installation "How to make the Moon without leaving home" is my part in the international exhibition "The Eagle Landed: Apollo 11".
Below: Manual - "How to make the Moon without leaving home" (one of part my installation) and photos from earlier edition of exhibition.
Now I invite to Berlin to: http://www.kultur-marzahn-hellersdorf.de/AKTUELL.51.0.html
Below: Manual - "How to make the Moon without leaving home" (one of part my installation) and photos from earlier edition of exhibition.
Now I invite to Berlin to: http://www.kultur-marzahn-hellersdorf.de/AKTUELL.51.0.html
piątek, 3 marca 2017
poniedziałek, 27 lutego 2017
niedziela, 26 lutego 2017
Jeść przyzwoicie
Przeczytałam właśnie znakomitę książkę Karen Duve "Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment".
Blisko 24 lata temu, podobnie jak autorka, podjęłam dość radykalną decyzję dotyczącą swojego sposobu odżywiania. W przeciwieństwie do niej nie robiłam tego w ramach eksperymentu. Miałam przed sobą ściśle określony cel. Nie była nim bynajmniej poprawa zdrowia (choć uważam, że to co jemy przynajmniej nie powinno nam szkodzić). Chodziło mi o to, żeby już dłużej nie przyczyniać się do zabijania zwierząt. Podobnie jak Karen Duve, zmiany w diecie wprowadzałam na raty. Za radą wegetariańskiej lekarki w pierwszym miesiącu "rzuciłam" ssaki, w drugim ptaki, a w trzecim ryby. Nie przypominam sobie, żeby to było jakoś specjalnie trudne. Inna rzecz, że (jak to się mówi) "siedziałam" wtedy w domu z małym synkiem i byłam dużo badziej skupiona na gotowaniu niż w obecnie. Gorzej było z jedzeniem na mieście, wyjazdami i reakcjami otoczenia.
Cel osięgnęłam i od prawie ćwierć wieku nie jadam mięsa. Czy jednak osiągnięcie celu nie sprawia, że trochę usypiamy? Owszem nie jadam mięsa, ale wcinam ser podpuszkczowy i noszę skórzane buty, choć zdaję sobie sprawę, że to nie bardzo do tego mojego wegetarianizmu pasuje. Uwiera mnie ta moja niekonsekwencja i już od dłuższego czasu zbieram się, żeby coś z tym zrobić, przekładając to bliżej nieokreslone "coś" na wieczne nigdy (podobnie jak to czyni wielu wrażliwych na los zwierząt niewegetarian, którym mimo dobrych chęci trudno zerwać ze starymi nawykami). No dobrze nie jest tak, że nic przez ten czas nie zmieniałam w swoich konsumenckich nawykach: zrezygnowałam z jajek oznaczonych nr 3 (gorzej z produktami, które jajka zawierają, bo na nich nie ma numerków), unikam produktów z olejem palmowym i kosmetyków testowanych na zwierzętach.
Lektura książki i wspomnienia sprzed tych dwudziestu paru lat nasunęły mi refleksje, że tak naprawdę nie chodzi o osiągnięcie celu. Chodzi o proces. Wiem, brzmi to mało odkrywczo, banalnie, może nawet trochę pretensjonalnie. Ale cóż na to poradzę, tak to właśnie widzę. Dlatego zamiast stawiać jakieś ogólnikowe, odległe cele (jak dotychczas), postanowiłam, że na każdy miesiąc będę wyznaczać sobie konkretne zadanie (podobnie jak to robiła Karen Duve realizując swój eksperyment). Tyle, że nie określam końca sojego "eksperymentu". Fajnie by było, by trwał on do końca życia, bo przecież świat wokół nieustannie się zmienia i trzeba na to reagować. Chodzi więc również o to, by ze zmienności zrobić nawyk. Moje zadania bedą zdecydowanie mniej radykalne i prostsze do realizacji. Wprowadzanie zmian wymaga sporo energii i czasu, żeby je potem utrwalić. Czasami więc mniej, znaczy skuteczniej, a zależy mi na tym, żeby zmiany, które tą drogą wprowadzę, okazały się przynajmniej tak trwałe, jak moje niejedzenie mięsa.
Postanowiłam też (mimo braku czasu) choćby skrótowo i przynajmniej przez jakiś czas relacjonować swe doświadczenia na blogu. Trochę dlatego, by samą siebie mobilizować, a trochę z podobnych powodów, dla których chodzimy na demonstracje lup podpisujemy petycje: żeby poprzeć pewne zjawiska, a przeciw innym zaprotestować.
Nigdy nie robiłam ze swojego wegetarianizmu wielkiego hallo. Nie próbowałam też wywierać presji. Nawet na na najbliższe osoby. Być może dlatego mój syn i mój mąż sami z siebie postanowili zrezygnować z jedzenia mięsa (ja też nie nie lubię robić rzeczy, do których ktoś mnie próbuje nakłonić). Raczej byłam skłonna traktować konsekwencje tamtej decyzji sprzed dwudziestu parum lat, jako swój osobisty kłopot - wymyśliłam sobie, więc mam, nie bedę nikomu zawracać głowy. Wiele się jednak od tamtego czasu zmieniło i dziś widzę tę kwestię trochę inaczej. Tak zwana przemysłowa produkcja mięsa, nie tylko drastycznie zwiększyła cierpienie zwierząt, lecz również bardzo źle wpływa na kondycję człowieka (choć uważam, że cierpienie zwierząt to wystarczający powód, by zrezygnować z ich jedzenia). Paradoksalnie dotyczy to nie tylko tych osób, które kilka razy dziennie jedzą tanie, złej jakości mięso, lecz również ludzi, którzy produktów z produktów odzwierzęcych w ogóle nie korzystają. Przemysłowe hodowle destruują środowisko: uwalniają więcej gazów cieplarnianych, niż transport, a trzeba też przecież zrobić coś z tonami odchodów. Im więcej "produkuje" się mięsa, tym większy głód wśród ludzi, bo uprawy, dzięki którym można by ich wykarmić, prznacza się na paszę.
Znam temat nie tylko z teorii. Od wielu lat mam okazję obserwować życie na wsi i przy okazji funkcjonowanie współczesnego rolnictwa i fakt ten otworzył mi oczy na sprawy, o których dotychczas nie miałam pojęcia.
W tej sytuacji czuję się zobowiązana upubliczniać fakt, że jestem wegetarianką. Wręcz uważam, że ludziom, którzy ograniczają spożycie mięsa, należałby się jakiś specjalny dodatek za ochronę środowiska. Gdyby kwestia, co kto je była oczywiście możliwa do zweryfikowania i gdyby potencjalne próby takiej weryfikacj nie zbliżały nas do idei wszechobecnej inwigilacji.
Moje pierwsze zadanie nie będzie jednak dotyczyć przyzwoitości wobec zwierząt, lecz przyzwoitości wobec ludzi. Tematem na marzec jest sprawiedliwy handel.
Blisko 24 lata temu, podobnie jak autorka, podjęłam dość radykalną decyzję dotyczącą swojego sposobu odżywiania. W przeciwieństwie do niej nie robiłam tego w ramach eksperymentu. Miałam przed sobą ściśle określony cel. Nie była nim bynajmniej poprawa zdrowia (choć uważam, że to co jemy przynajmniej nie powinno nam szkodzić). Chodziło mi o to, żeby już dłużej nie przyczyniać się do zabijania zwierząt. Podobnie jak Karen Duve, zmiany w diecie wprowadzałam na raty. Za radą wegetariańskiej lekarki w pierwszym miesiącu "rzuciłam" ssaki, w drugim ptaki, a w trzecim ryby. Nie przypominam sobie, żeby to było jakoś specjalnie trudne. Inna rzecz, że (jak to się mówi) "siedziałam" wtedy w domu z małym synkiem i byłam dużo badziej skupiona na gotowaniu niż w obecnie. Gorzej było z jedzeniem na mieście, wyjazdami i reakcjami otoczenia.
Cel osięgnęłam i od prawie ćwierć wieku nie jadam mięsa. Czy jednak osiągnięcie celu nie sprawia, że trochę usypiamy? Owszem nie jadam mięsa, ale wcinam ser podpuszkczowy i noszę skórzane buty, choć zdaję sobie sprawę, że to nie bardzo do tego mojego wegetarianizmu pasuje. Uwiera mnie ta moja niekonsekwencja i już od dłuższego czasu zbieram się, żeby coś z tym zrobić, przekładając to bliżej nieokreslone "coś" na wieczne nigdy (podobnie jak to czyni wielu wrażliwych na los zwierząt niewegetarian, którym mimo dobrych chęci trudno zerwać ze starymi nawykami). No dobrze nie jest tak, że nic przez ten czas nie zmieniałam w swoich konsumenckich nawykach: zrezygnowałam z jajek oznaczonych nr 3 (gorzej z produktami, które jajka zawierają, bo na nich nie ma numerków), unikam produktów z olejem palmowym i kosmetyków testowanych na zwierzętach.
Lektura książki i wspomnienia sprzed tych dwudziestu paru lat nasunęły mi refleksje, że tak naprawdę nie chodzi o osiągnięcie celu. Chodzi o proces. Wiem, brzmi to mało odkrywczo, banalnie, może nawet trochę pretensjonalnie. Ale cóż na to poradzę, tak to właśnie widzę. Dlatego zamiast stawiać jakieś ogólnikowe, odległe cele (jak dotychczas), postanowiłam, że na każdy miesiąc będę wyznaczać sobie konkretne zadanie (podobnie jak to robiła Karen Duve realizując swój eksperyment). Tyle, że nie określam końca sojego "eksperymentu". Fajnie by było, by trwał on do końca życia, bo przecież świat wokół nieustannie się zmienia i trzeba na to reagować. Chodzi więc również o to, by ze zmienności zrobić nawyk. Moje zadania bedą zdecydowanie mniej radykalne i prostsze do realizacji. Wprowadzanie zmian wymaga sporo energii i czasu, żeby je potem utrwalić. Czasami więc mniej, znaczy skuteczniej, a zależy mi na tym, żeby zmiany, które tą drogą wprowadzę, okazały się przynajmniej tak trwałe, jak moje niejedzenie mięsa.
Postanowiłam też (mimo braku czasu) choćby skrótowo i przynajmniej przez jakiś czas relacjonować swe doświadczenia na blogu. Trochę dlatego, by samą siebie mobilizować, a trochę z podobnych powodów, dla których chodzimy na demonstracje lup podpisujemy petycje: żeby poprzeć pewne zjawiska, a przeciw innym zaprotestować.
Nigdy nie robiłam ze swojego wegetarianizmu wielkiego hallo. Nie próbowałam też wywierać presji. Nawet na na najbliższe osoby. Być może dlatego mój syn i mój mąż sami z siebie postanowili zrezygnować z jedzenia mięsa (ja też nie nie lubię robić rzeczy, do których ktoś mnie próbuje nakłonić). Raczej byłam skłonna traktować konsekwencje tamtej decyzji sprzed dwudziestu parum lat, jako swój osobisty kłopot - wymyśliłam sobie, więc mam, nie bedę nikomu zawracać głowy. Wiele się jednak od tamtego czasu zmieniło i dziś widzę tę kwestię trochę inaczej. Tak zwana przemysłowa produkcja mięsa, nie tylko drastycznie zwiększyła cierpienie zwierząt, lecz również bardzo źle wpływa na kondycję człowieka (choć uważam, że cierpienie zwierząt to wystarczający powód, by zrezygnować z ich jedzenia). Paradoksalnie dotyczy to nie tylko tych osób, które kilka razy dziennie jedzą tanie, złej jakości mięso, lecz również ludzi, którzy produktów z produktów odzwierzęcych w ogóle nie korzystają. Przemysłowe hodowle destruują środowisko: uwalniają więcej gazów cieplarnianych, niż transport, a trzeba też przecież zrobić coś z tonami odchodów. Im więcej "produkuje" się mięsa, tym większy głód wśród ludzi, bo uprawy, dzięki którym można by ich wykarmić, prznacza się na paszę.
Znam temat nie tylko z teorii. Od wielu lat mam okazję obserwować życie na wsi i przy okazji funkcjonowanie współczesnego rolnictwa i fakt ten otworzył mi oczy na sprawy, o których dotychczas nie miałam pojęcia.
W tej sytuacji czuję się zobowiązana upubliczniać fakt, że jestem wegetarianką. Wręcz uważam, że ludziom, którzy ograniczają spożycie mięsa, należałby się jakiś specjalny dodatek za ochronę środowiska. Gdyby kwestia, co kto je była oczywiście możliwa do zweryfikowania i gdyby potencjalne próby takiej weryfikacj nie zbliżały nas do idei wszechobecnej inwigilacji.
Moje pierwsze zadanie nie będzie jednak dotyczyć przyzwoitości wobec zwierząt, lecz przyzwoitości wobec ludzi. Tematem na marzec jest sprawiedliwy handel.
sobota, 18 lutego 2017
Zapowiadają!
Iwo z Nudolandii
Autor: Dorota Suwalska
Ilustracje: Marta Krzywicka
Wydawnictwo Adamada
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 48
Premiera: 2017-03-14
Dawno, dawno temu było sobie królestwo, które słynęło z tego, ze właściwie nic się w nim nie działo. Wszystko tam było uporządkowane i zaplanowane - czyli nudne jak flaki z olejem.
A potem pojawiła się ziejąca ogniem skrzydlata bestia...
Autor: Dorota Suwalska
Ilustracje: Marta Krzywicka
Wydawnictwo Adamada
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 48
Premiera: 2017-03-14
Dawno, dawno temu było sobie królestwo, które słynęło z tego, ze właściwie nic się w nim nie działo. Wszystko tam było uporządkowane i zaplanowane - czyli nudne jak flaki z olejem.
A potem pojawiła się ziejąca ogniem skrzydlata bestia...
(opis Wydawcy)
środa, 15 lutego 2017
The Eagle Has Landed: Apollo 11 - Berlin edition
The Eagle Has Landed: Apollo 11 - next step - Berlin edition (with my participation), of the new arrangement - http://www.kultur-marzahn-hellersdorf.de/DEMNAECHST.117.0.html
We cordially invite you to the opening!
February 25th, 2017
At 6 p. m
exhibition open until March 25th
curator: Wojciech Różyński
We cordially invite you to the opening!
February 25th, 2017
At 6 p. m
exhibition open until March 25th
curator: Wojciech Różyński
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Orzeł wyląduje w Berlinie
Kolejny "przystanek" międzynarodowej wystawy " The Eagle Has Landed: Apollo 11 - 45 Years Later" (z moim udziałem). Tym razem w Berlinie.
wtorek, 24 stycznia 2017
Czarne Jeziora w Niedzielnym Poranku RDC
fot. RDC
O książce rozmawiałam z Beatą Jewiarz. Miło wspominam nasze spotkanie i klimat tego miejsca.
Audycja do wysłuchania na stronie RDC: http://www.rdc.pl/podcast/niedzielny-poranek-ksiazki-dla-mlodziezy/
czwartek, 19 stycznia 2017
Książki i puzzle
Moje ilustracje ułożone ze specjalnie przygotowanych na tę okoliczność puzzli to jeden z efektów nadzwyczaj sympatycznego spotkania autorskiego w bibliotece Domu Dziecka nr 9 w Warszawie. Odbyło się ono przy twórczym udziale mojej wspaniałej mamy - Elżbiety Suwalskiej, która wspiera Dom Dziecka jako wolontariuszka, prowadząc w nim zajęcia terapii pedagogicznej.
Pozdrawiam panią Renatę z biblioteki, panią dyrektor, panią pedagog (miałam przyjemność je poznać podczas spotkania) i oczywiście fantastycznych uczestników zajęć: mieszkańców Domu Dziecka i ich kolegów ze szkoły, zaproszonych na ten wieczór.
Pozdrawiam panią Renatę z biblioteki, panią dyrektor, panią pedagog (miałam przyjemność je poznać podczas spotkania) i oczywiście fantastycznych uczestników zajęć: mieszkańców Domu Dziecka i ich kolegów ze szkoły, zaproszonych na ten wieczór.
poniedziałek, 2 stycznia 2017
2016 - podsumowanie
To był dobry rok pod względem zawodowym. Na rynku pojawiły się dwie książki: wznowienie "Zuźka w necie i w realu"....
...i (premierowo) "Czarne jeziora". Dwie książki w roku to dla osoby, która - jak ja - nie pisze przesadnie bardzo dużo, to naprawdę spore osiągnięcie. Zwłaszcza, że dwie kolejne (również premierowe) czekają na publikację w 2017.
Dużym sukcesem było Wyróżnienienie Literackie w Konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY 2016 dla "Czarnych Jezior". Dotychczas podobny zaszczyt spotkał książkę "Bruno i siostry".
Małe sprostowanie, właściwie należałoby chyba powiedzieć, że w minionym roku ukazały się trzy moje książki - trzecia, czyli "Osobisy detektyw" w formie bloga.
Na cześć ;) "Osobistego detektywa" założyłam również stronę na FB.
Jeżeli chodzi o wydarzenia w wirtualnym świecie warto wspomnieć, że odnowiona została (merytorycznie i wizualnie) moja strona internetowa.
Z tej okazji zmieniłam również wygląd bloga.
W 2016 zakończył się również (wystawą w CKIO w Podkowie Leśnej) międzynarodowy projekt „Orzeł wylądował: Apollo 11 – 45 lat później”, w którym brałam udział (rozpoczęty jeszcze w roku 2015) ".
Poza tym w minionym roku miały miejsce wydarzenia, które wpłyną na to, co wydarzy się we wciąż jeszcze nowym roku 2017, zaglądajcie więc na bloga :)
...i (premierowo) "Czarne jeziora". Dwie książki w roku to dla osoby, która - jak ja - nie pisze przesadnie bardzo dużo, to naprawdę spore osiągnięcie. Zwłaszcza, że dwie kolejne (również premierowe) czekają na publikację w 2017.
Dużym sukcesem było Wyróżnienienie Literackie w Konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY 2016 dla "Czarnych Jezior". Dotychczas podobny zaszczyt spotkał książkę "Bruno i siostry".
Małe sprostowanie, właściwie należałoby chyba powiedzieć, że w minionym roku ukazały się trzy moje książki - trzecia, czyli "Osobisy detektyw" w formie bloga.
Na cześć ;) "Osobistego detektywa" założyłam również stronę na FB.
Jeżeli chodzi o wydarzenia w wirtualnym świecie warto wspomnieć, że odnowiona została (merytorycznie i wizualnie) moja strona internetowa.
Z tej okazji zmieniłam również wygląd bloga.
W 2016 zakończył się również (wystawą w CKIO w Podkowie Leśnej) międzynarodowy projekt „Orzeł wylądował: Apollo 11 – 45 lat później”, w którym brałam udział (rozpoczęty jeszcze w roku 2015) ".
Poza tym w minionym roku miały miejsce wydarzenia, które wpłyną na to, co wydarzy się we wciąż jeszcze nowym roku 2017, zaglądajcie więc na bloga :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























