ZAPRASZAM!!!
wtorek, 18 czerwca 2013
Święto Szkoły z www.terapią!
Fotorelacja z sobotnich warsztatów w Szkole Podstawowej w Młochowie już na moim www.terapeutycznym blogu:http://www-terapia.blogspot.com/2013/06/czesc-pierwsza-warsztatow-w-szkole.html
poniedziałek, 17 czerwca 2013
"www.terapia" w podstawówce? Czemu nie?
Tak wyglądała sala lekcyjna w sobotę rano, przed rozpoczęciem pierwszego etapu warsztatów, który się odbył w ramach Święta Szkoły.
Jestem pod ogromnym wrażeniem dzisiejszych warsztatów w Szkole Podstawowej w Młochowie. Tak dużym, że na gorąco postanowiłam wystukać parę zdań (zanim przygotuję fotorelację i opublikuję ich efekty).
Warsztaty oparte były na mojej książce pt. www.terapia (zabrałam ze sobą jedyny papierowy egzemplarz).
Książka, co prawda, przeznaczona jest dla dorosłego odbiorcy, ale niektóre z zawartych w niej pomysłów, jak się okazało, znakomicie nadają się do pracy z dziećmi i młodzieżą.
Wyjaśniłam, że książka opisuje świat sieciowej gry komputerowej, której celem jest realizacja marzeń. Każdy z uczestników musiał stworzyć do tej gry postać reprezentującego go awatara. Takie samo było zadanie dzieci biorących udział w moich warsztatach - wymyślić i opisać własną postać. Chętni mogli uzupełnić ten opis rysunkiem.Ważne było to, aby ta postać (awatar) posiadała przynajmniej jedną cechę prawdziwą i przynajmniej jedną cechę wymyśloną. Poza tym pełna dowolność: może to być postać ludzka, zwierzę, robot, magiczna istota, kosmita... Co komu przyjdzie do głowy.
Podpowiadałam, że można w rozmaity sposób podejść do tego zadania: np. stworzyć postać, którą chcielibyśmy być albo przypomnieć sobie cel opisywanej w książce gry, która jest realizacja marzeń i wymyślić taką postać, której łatwo by było nasze marzenia zrealizować. Ale nie musi to być wcale postać idealna. Można puścić wodze fantazji i stworzyć nawet najbardziej "zwariowanego" i niekoniecznie pozytywnego bohatera.
Kolejnym etapem budowania postaci było przedstawienie miejsca, w którym żyje. Następnie można było opisać ważne dla naszego awatara fotografie lub/i napisać, co nasza postać... wyrzuca do kosza na śmieci.
Tu również podpowiedziałam, że temat kosza na śmieci uczestniczy wcześniejszych warsztatów (a także bohaterowie mojej książki) traktowali na wiele rozmaitych sposobów. Ktoś potraktował to całkiem dosłownie, np. jedna z bohaterek książki, która używa wielu kosmetyków, napisała, że w jej koszu na śmieci można znaleźć opakowania po zużytych kremach. Inna bohaterka opisała, co znajduje się w jej... komputerowym... w komputerze. Zaś chłopiec, który wziął udział w warsztatach w ostatnią sobotę opisał cechy, które przeszkadzają jego postaci w realizacji marzeń.
Pełną listę zadań literackich znajdziecie tutaj: http://www-terapia.blogspot.com/ (druga pozycja w prawej kolumnie).
Z uwagi na ograniczenia czasowe (45 minut na warsztat dla każdej klasy) zdecydowałam się zaproponować uczestnikom tylko cztery pierwsze zadania. Nie wiedziałam też jak uczestnicy zareagują na moją propozycję - po raz pierwszy prowadziła tego typu warsztaty w podstawówce. Efekty przeszły moje oczekiwania. Powstały głębokie, świadczące o wielkiej wyobraźni i wrażliwości teksty. Czasem bardzo zabawne. Czasem przejmujące. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy niechcący nie odkryłam jakiejś nowej literackiej metody osobowościowo-diagnostycznej ;)
Warsztatom towarzyszyła instalacja przestawiająca wirtualny rzeczywistość, w której dzieje się akcja książki "przetłumaczony" na język przestrzeni.
Rozmawialiśmy więc również o relacjach między światem wirtualnym i rzeczywistością, o sztuce ASCII-artu, a nawet o tym, co to właściwie jest instalacja?
Zaskoczyły mnie trafne skojarzenia. Ale również to, że dla wielu współczesnych dzieciaków emotikonka (buźka, uśmieszek) to już nie jest naśladujące uśmiech zestawienie dwukropka i nawiasu tylko gotowy obrazek, który wstawia się w tekst. Historia zatoczyła koło (w błyskawicznym tempie). Dawniej odpowiednio zestawione znaki przestankowe naśladowały obrazek przedstawiający uśmiech, a dziś gotowe obrazki przedstawiające uśmiechnięte buźki naśladują odpowiednio zestawione znaki przestankowe naśladujące uśmiech.
W warsztatach brali udział uczniowie trzech klas: czwartej, piątej i szóstej. Ciekawe było obserwować jak różnice w reakcji na moją propozycję. W starszych trzeba było trochę zachęcać (zwłaszcza do czytania stworzonych podczas warsztatów tekstów). W czwartej dzieciaki wyrywały się do czytania jedno przez drugie.
Dzisiejsze wydarzenie zainspirowało mnie do rozbudowy warsztatowych pomysłów związanych z www.terapią i podsunęło parę nowych pomysłów. Po pierwsze, na przyszłość chciałabym oddzielić warsztat ASCII-artu od warsztatu polegającego na realizacji zadań literackich. Tak by mieć więcej czasu na omawianie tekstów i czytanie opisów stworzonych przez bohaterów książki, a także uczestników poprzednich warsztatów.
Do szkoły w Młochowie trafiłam na zaproszenie pani Agnieszki Kmieć, polonistki i nauczycielki wychowania plastycznego. Bardzo jej za to dziękuję :)
piątek, 24 maja 2013
Zgadnijcie, co to?
Nie zgadliście?
Mama czteroletniego Szymka, autora dzieła, też nie zgadła.
- Mamo, mamo, choć coś ci pokażę - zawołał Szymon, najwyraźniej dumny z dzieła.
- A co to za kółeczka, synku? - spytała, nie przeczuwając, zapewne, z czym ma do czynienia.
- To nie są żadne kółka, tylko zera! - oznajmił tryumfalnie młody twórca - Ale ty, mamo - dodał z przewrotną miną - nie doliczysz się tych zer...
- Nie? Dlaczego?
- Ponieważ to jest... NIESKOŃCZONOŚĆ!
Wszyscy, którzy znają moją skłonność do Nieskończoności w jej wszelkich przejawach i artystycznych emanacjach bez trudu się domyślą, jak bardzo się ucieszyłam znajdując bratnią duszę w synku koleżanki. I, nie zdziwią, że zapragnęłam podzielić się tą radością na swoim blogu.
P.S. Przy okazji proszę zwrócić uwagę na wysublimowaną kompozycję. Monika, mama Szymka (na moją prośbę), przesłała dzieło swego potomka w dwóch skanach. Jednak dopiero po ich połączeniu ujawniła się cała uroda tego dzieła :)
Mama czteroletniego Szymka, autora dzieła, też nie zgadła.
- Mamo, mamo, choć coś ci pokażę - zawołał Szymon, najwyraźniej dumny z dzieła.
- A co to za kółeczka, synku? - spytała, nie przeczuwając, zapewne, z czym ma do czynienia.
- To nie są żadne kółka, tylko zera! - oznajmił tryumfalnie młody twórca - Ale ty, mamo - dodał z przewrotną miną - nie doliczysz się tych zer...
- Nie? Dlaczego?
- Ponieważ to jest... NIESKOŃCZONOŚĆ!
Wszyscy, którzy znają moją skłonność do Nieskończoności w jej wszelkich przejawach i artystycznych emanacjach bez trudu się domyślą, jak bardzo się ucieszyłam znajdując bratnią duszę w synku koleżanki. I, nie zdziwią, że zapragnęłam podzielić się tą radością na swoim blogu.
P.S. Przy okazji proszę zwrócić uwagę na wysublimowaną kompozycję. Monika, mama Szymka (na moją prośbę), przesłała dzieło swego potomka w dwóch skanach. Jednak dopiero po ich połączeniu ujawniła się cała uroda tego dzieła :)
Podpatrzone...
O ciekająca bocianim erotyzmem scena. Zamieszczam, bo chcę zachęcić do przeczytania najnowszego warmińskiego posta, a takie obrazki to ponoć dźwignia reklamy ;)
środa, 22 maja 2013
wtorek, 21 maja 2013
piątek, 17 maja 2013
Spotkanie z książką na Stadionie Narodowym
Warszawskie Targi Książki. 16 maja 2013.
Stadion Narodowy im. Kazimierza Górskiego.
Spotkanie z autorkami literatury dziecięcej i młodzieżowej ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Od lewej: ja, Małgorzata Strękowska-Zaremba i Małgorzata Karolina Piekarska i Gaja Kołodziej (przy mikrofonie)
Tu, w lewym dolnym rogu widać również Dżimbę, która towarzyszyła mi podczas spotkania.
A to nasi cudowni Czytelnicy :)
Spotkanie fantastycznie poprowadziła Miłka Skalska z TVP. Serdecznie jej dziękujemy :)
Na zakończenie Małgosia Strękowska - Zaremba zaskoczyła nas wszystkich zabawą w wierszyk.
Łowcy autografów :)
Autorką zdjęć jest nasza fantastyczna koleżanka ze Stowarzyszenia: Katarzyna Boruń - Jagodzińska. Wielkie dzięki!!!
Tu, w lewym dolnym rogu widać również Dżimbę, która towarzyszyła mi podczas spotkania.
A to nasi cudowni Czytelnicy :)
Spotkanie fantastycznie poprowadziła Miłka Skalska z TVP. Serdecznie jej dziękujemy :)
Na zakończenie Małgosia Strękowska - Zaremba zaskoczyła nas wszystkich zabawą w wierszyk.
Łowcy autografów :)
Autorką zdjęć jest nasza fantastyczna koleżanka ze Stowarzyszenia: Katarzyna Boruń - Jagodzińska. Wielkie dzięki!!!
poniedziałek, 13 maja 2013
Noc Muzeów z kalkografią, czyli książki i żelazko
W tę niezwykłą noc nie zapomnijcie zajrzeć do Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy przy ulicy Koszykowej 26/28 . 18 maja między godziną 21.00 a 23.00 będę prasować kalkę w ramach Nocy Muzeów dla Dzieci. Wszyscy chętni również będą mieli okazję spróbować i zabrać do domu własną kalkografię. W ramach oddechu pomiędzy jedną a drugą kalkograficzną sesją czytać będę fragmenty swoich książek. Jedną z nich - "Ratunku, marzenia!" będzie można kupić i zabrać do domu z dedykacją.
Serdecznie zapraszam na warsztaty nie tylko dzieci!
Więcej informacji o imprezie na stronie biblioteki.
WSTĘP WOLNY
Serdecznie zapraszam na warsztaty nie tylko dzieci!
Więcej informacji o imprezie na stronie biblioteki.
WSTĘP WOLNY
niedziela, 12 maja 2013
Dżimba, pies Kłopot i dawne czasy...
Na zdjęciu ja mniej więcej w wieku Zuźki (bohaterki moich dwóch książek) z kłopotliwym psem Kłopotem na spacerze po warszawskich Szczęśliwicach.
Zdjęcie zamieszczam z okazji czwartkowego spotkania na Warszawskich Targach Książki - szczegóły TUTAJ. Wraz z koleżankami z SPP będziemy opowiadać o tym jakie byłyśmy, kiedy miałyśmy tyle lat, co bohaterowie naszych książek.
Ja pokażę również Dżimbę, czyli zaprojektowaną przez siebie Książkę-Przytulankę. Związki Dżimby z Kłopotem są dosyć bliskie, ponieważ jej pierwsze "wcielenie" (w postaci pluszowej maskotki) zakończyło swoją egzystencję w jego paszczy (tę historię przeczytacie TUTAJ). Wszystko, czego nie zdążyłam opisać opowiem w czwartek.
Serdecznie zapraszam!
16 maja, godz. 10.00 -10.50
Stadion Narodowy, scena dla dzieci - Galeria (-1)
WARSZAWSKIE TARGI KSIĄŻKI
Zdjęcie zamieszczam z okazji czwartkowego spotkania na Warszawskich Targach Książki - szczegóły TUTAJ. Wraz z koleżankami z SPP będziemy opowiadać o tym jakie byłyśmy, kiedy miałyśmy tyle lat, co bohaterowie naszych książek.
Ja pokażę również Dżimbę, czyli zaprojektowaną przez siebie Książkę-Przytulankę. Związki Dżimby z Kłopotem są dosyć bliskie, ponieważ jej pierwsze "wcielenie" (w postaci pluszowej maskotki) zakończyło swoją egzystencję w jego paszczy (tę historię przeczytacie TUTAJ). Wszystko, czego nie zdążyłam opisać opowiem w czwartek.
Serdecznie zapraszam!
16 maja, godz. 10.00 -10.50
Stadion Narodowy, scena dla dzieci - Galeria (-1)
WARSZAWSKIE TARGI KSIĄŻKI
piątek, 10 maja 2013
Spotkanie na Warszawskich Targach Książki,
czyli 50 minut, podczas których znów będę małą dziewczynką
Stadion Narodowy, scena dla dzieci - Galeria (-1)
WARSZAWSKIE TARGI KSIĄŻKI
STOWARZYSZENIE PISARZY POLSKICH
zaprasza na spotkanie z autorkami książek dla dzieci i młodzieży:
Dorotą Suwalską, Małgorzatą Strękowską-Zarembą, Małgorzatą Karoliną Piekarska, Gają Kołodziej.
Spotkanie poprowadzi Miłka Skalska - prezenterka TVP.
Pisarki odpowiedzą na pytanie - jakie były, gdy miały po tyle lat, co ich bohaterowie:
Pisarki odpowiedzą na pytanie - jakie były, gdy miały po tyle lat, co ich bohaterowie:
łobuzowały?, przeżywały niewiarygodne przygody?, zakochały się i odkochały?
Na Wasze pytania również odpowiedzą, nauczą wiersza „O dzieciakach i innych smrodach”, pokażą niezwykłą książkę, która nie tylko mówi, ale można ją także przytulać...
Wstęp darmowy po zarejestrowaniu grupy na stronie targów (zakładka „Rejestracja”)
Na Wasze pytania również odpowiedzą, nauczą wiersza „O dzieciakach i innych smrodach”, pokażą niezwykłą książkę, która nie tylko mówi, ale można ją także przytulać...
Wstęp darmowy po zarejestrowaniu grupy na stronie targów (zakładka „Rejestracja”)
P.S. Ja, w każdym razie, zgłaszam pełną gotowość do spotkania.Ostatnio nieomal nałogowo czytałam swoje dzienniki sprzed lat. Już kilkakrotnie wspominałam o tym na blogu, opisując m. in. historię Dżimby (wspomnianej powyżej książki do przytulania, która na dodatek umie robić miny), a pierwszym wcieleniu była leworęczna i miała dwie lewe ręce do pracy ;)
czwartek, 25 kwietnia 2013
Kosmos spod żelazka
czyli odbijanie gotowych przedmiotów
Jak z tacki wyczarować planetę lub widocznego jedynie pod mikroskopem jednokomórkowca dowiecie się zaglądając na moją kalkograficzną stronę!środa, 24 kwietnia 2013
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Tasiemiec
Pretekstem do sięgnięcia po pamiętniki z zamierzchłych lat stała się praca nad książką dla nastolatków. Powieść ma mieć formę dziennika dziewczynki, która niedawno wkroczyła w wiek nastoletni. Stąd pomysł, by sięgnąć do własnych zwierzeń z analogicznego okresu. Jestem już po lekturze zeszytu, który urywa się w grudniu 1981 roku, czyli tuż po wprowadzeniu stanu wojennego (zapewne poświęcę temu tematowi oddzielny wpis) i od razu przeszłam do grudnia 1982. Zeszyty opisujące „brakujący” rok gdzieś się zapodziały. Dzięki temu mogłam zaobserwować nagły skok (rozwojowy?), który nastąpił w tym czasie. O ile w 81 wciąż jestem raczej dzieckiem (mimo opisywanych w dzienniku nastoletnich problemów), o tyle w grudniu 82 wkraczam zdecydowanie w wiek młodzieńczy.
Uniezależniam się światopoglądowo od moich rodziców (w poprzednio czytanym zeszycie w zasadzie kopiowałam ich poglądy polityczne). Ubieram w sposób, który wywołuje awantury przed wyjściem do szkoły. Przeżywam młodzieńcze bunty i depresje. Czytam „Mdłości” Sartre'a, „Teorię dezintegracji pozytywnej” Dąbrowskiego, chodzę do Teatru Studio i na koncerty zespołu Osjan. Jeżdżę konno (ale nie uprawiałam już wyczynowo sportu, „w brakującym zeszycie” zrezygnowałam z lekkoatletyki). Odwiedzam (z koleżankami) jakąś starszą panią oraz równie wiekową nauczycielkę fortepianu mojego brata. Czemu ja? Tego dziennik nie wyjaśnia. Może istniały jakieś plany związane z nauką gry na instrumencie, bo wygląda na to, że odebrałam przynajmniej jedną lekcję, o czym zupełnie zapomniałam. Śpiewam też w chórze. O chórze pamiętałam, ale zdawało mi się, że był to jakiś drobny epizod. Tymczasem z moich zapisków wynika, że angażował mnie dość mocno i pochłaniał sporo czasu. A nawet prowokował "dramatyczne" doświadczenia, jak np. występ w ramach uroczystości pożegnania czwartych klas – tym razem w tercecie: ja, Ania B. (moja przyjaciółka, o ile mi wiadomo, do dziś śpiewa) i Dorota R. (obecnie znany sopran), podczas którego mnie i Anię zjadła trema.
Dorota śpiewała bosko. Natomiast mnie i Ance jakby głos odjęło (...) Jak Robert (jeden z żegnanych przez nas maturzystów, również biol-chem., zdaje się; moja ówczesna sympatia; prawdę mówiąc, niemal o jego istnieniu zapomniałam) usłyszał moje skrzypienie i zobaczył ogłupiałą z przerażenia minę, to na pewno cała sympatia się ulotniła (O święta naiwności, myślał by kto, że dla Roberta mój głos był najważniejszy). A przecież na próbach świetnie mi szło. Śpiewałam głębokim, wspaniałym basem (mam najniższy głos w chórze, a jednocześnie wyciągam wysokie dźwięki lepiej niż większość pierwszego głosu). Przy tym jest on mocny i donośny.
Anka też skrzeczała i trzęsła się jak galareta. A miałyśmy nadzieję, że zostaniemy wokalistkami w zespole Roberta.
Ciekawe, że sięgnęłam do tych zapisków tuż po przesłaniu do wydawnictwa poprzedniej książki, w której zarówno fortepian, jak kwestia śpiewania mają naprawdę duże znaczenie. Z tej okazji mój mąż zrobił mi sesję (zdjęcie na okładkę), podczas której śpiewałam wychylając się spod klawiatury. Czyżby zadziałała opisana przez Junga teoria synchroniczności akazualnej ;)?.
Poza tym chodziłam (tz. w 82 i 83 roku) na zajęcia rzeźby (w ramach których głównie malowałam) i nas potkania grupy teatralnej. Słowem - robiłam wszystko. Jak dzisiaj, choć w nieco innych proporcjach. Pod tym względem za bardzo się nie zmieniłam.
Oczywiście ogromnie ważne było pisanie (jak wcześniej, dużo jest o tym w poprzednim zeszycie). Oprócz faktów i przemyśleń spisywałam sny (bardzo interesujące), pisałam sztuki teatralne (nawet w nich grałam), wiersze (w dzienniku chwalę się tym, że potrafię stworzyć nawet kilka podczas jednej lekcji – niezły przerób ;) trzeba przyznać) i opowiadania. Jedno z nich, najbardziej groteskowe, postanowiłam zaprezentować. Znalazłoby się, co prawda, parę tekstów dużo sprawniej pod względem formalnym napisanych. Ten jednak wydał mi się na tyle odjazdowy (tak się w tamtych czasach mawiało) i dodatkowo całkowicie pozbawiony egzaltacji (czego nie da się, niestety, powiedzieć o wszystkich znalezionych w zeszycie tekstach), że postanowiłam go wyróżnić. Ponadto w osobliwy sposób integruje moje zainteresowania przyrodnicze (nie przez przypadek trafiłam do klasy biologiczno-chemiczne) i literackie ;)
Bohaterem opowiadania jest...
Tasiemiec
W jelicie cienkim pewnego człowieka żył sobie tasiemiec uzbrojony. Tasiemiec ten, jak wszystkie inne tasiemce dostał się do organizmu owego człowieka (czyli żywiciela) drogą pokarmową. Oddychał beztlenowo, rozmnażał się, żywił mleczkiem pokarmowym, zatruwał człowieka szkodliwymi substancjami przemiany materii – słowem: pasożytował. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że tasiemiec ten był jednostką wybitną; tasiemcowym geniuszem-indywidualistą. A sprawił to fakt, że w maleńkiej główce tasiemca mieściły się nie tylko narządy czepne, lecz także mózg. Mózg był maleńki, ale silnie pofałdowany.
Nie wiadomo skąd u tak słabo zorganizowanego robaka płaskiego, tak skomplikowany narząd. Faktem jest, że tasiemiec go posiadał i pewnego dnia zaczął myśleć.
Rozmyślania zaczął od analizy swojej sytuacji. Stwierdził, że znajduje się w bardzo wąskiej rurce i zupełnie nie ma przestrzeni życiowej. Po dłuższym namyśle zauważył, że bezczelnie korzysta z gotowych produktów trawienia człowieka, zatruwa go i niszczy. Odkrycie to napełniło tasiemca przerażeniem. Trzeba bowiem wiedzieć, że był on wielkim idealistą i snuł śmiałe plany uszczęśliwienia świata oraz nawrócenia społeczeństwa ludzi i tasiemców na właściwą drogę. Położenie jego było nader głupie, ponieważ pasożytnictwo zupełnie nie zgadzało się z jego ideologią. Gdyby, jednak, uwolnił ciało człowieka od swojej osoby, sam by zginął i nie mógł zrealizować swoich podniosłych marzeń. A przecież czuł, że mógłby to uczynić, że porwałby wszystkich swoim przykładem i pokochano by go pokochali za jego dobroć.
Tasiemiec długo się nad tym zastanawiał. Wnętrzem jego członów szarpały niezwykłe przeżycia, a on nie mógł nawet opisać, ani namalować swych cierpień, ponieważ człowiek, w którym żył nigdy nie spożywał farb, atramentu i papieru.
Po wielu tygodniach znalazł rozwiązanie. Na razie będzie nawracał ludzi, dając im znak, że czynią źle. W tym celu przebił ściankę jelita i wywiercił otwór w brzuchu. Tylne jego człony nadal nadal wchłaniały mleczko pokarmowe na zasadzie osmozy, lecz główkę wystawił przez przez dziurkę i gdy tylko zauważył, że ktoś czyni zło wystawiał głowę z szyjką i kiwał nią złowieszczo, jak mama palcem, gdy widzi, że synek zrobił kupkę na środku pokoju. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że tasiemce nie mają narządu wzroku, nic więc nie mogą widzieć. Toteż nasz bohater kiwał główką na intuicję wierząc w swoje wieszcze powołanie i był szczęśliwy, że wskazuje ludziom i tasiemcom właściwą drogę.
(noc z 7 na 8 XII 1982r.)
Uniezależniam się światopoglądowo od moich rodziców (w poprzednio czytanym zeszycie w zasadzie kopiowałam ich poglądy polityczne). Ubieram w sposób, który wywołuje awantury przed wyjściem do szkoły. Przeżywam młodzieńcze bunty i depresje. Czytam „Mdłości” Sartre'a, „Teorię dezintegracji pozytywnej” Dąbrowskiego, chodzę do Teatru Studio i na koncerty zespołu Osjan. Jeżdżę konno (ale nie uprawiałam już wyczynowo sportu, „w brakującym zeszycie” zrezygnowałam z lekkoatletyki). Odwiedzam (z koleżankami) jakąś starszą panią oraz równie wiekową nauczycielkę fortepianu mojego brata. Czemu ja? Tego dziennik nie wyjaśnia. Może istniały jakieś plany związane z nauką gry na instrumencie, bo wygląda na to, że odebrałam przynajmniej jedną lekcję, o czym zupełnie zapomniałam. Śpiewam też w chórze. O chórze pamiętałam, ale zdawało mi się, że był to jakiś drobny epizod. Tymczasem z moich zapisków wynika, że angażował mnie dość mocno i pochłaniał sporo czasu. A nawet prowokował "dramatyczne" doświadczenia, jak np. występ w ramach uroczystości pożegnania czwartych klas – tym razem w tercecie: ja, Ania B. (moja przyjaciółka, o ile mi wiadomo, do dziś śpiewa) i Dorota R. (obecnie znany sopran), podczas którego mnie i Anię zjadła trema.
Dorota śpiewała bosko. Natomiast mnie i Ance jakby głos odjęło (...) Jak Robert (jeden z żegnanych przez nas maturzystów, również biol-chem., zdaje się; moja ówczesna sympatia; prawdę mówiąc, niemal o jego istnieniu zapomniałam) usłyszał moje skrzypienie i zobaczył ogłupiałą z przerażenia minę, to na pewno cała sympatia się ulotniła (O święta naiwności, myślał by kto, że dla Roberta mój głos był najważniejszy). A przecież na próbach świetnie mi szło. Śpiewałam głębokim, wspaniałym basem (mam najniższy głos w chórze, a jednocześnie wyciągam wysokie dźwięki lepiej niż większość pierwszego głosu). Przy tym jest on mocny i donośny.
Anka też skrzeczała i trzęsła się jak galareta. A miałyśmy nadzieję, że zostaniemy wokalistkami w zespole Roberta.
Ciekawe, że sięgnęłam do tych zapisków tuż po przesłaniu do wydawnictwa poprzedniej książki, w której zarówno fortepian, jak kwestia śpiewania mają naprawdę duże znaczenie. Z tej okazji mój mąż zrobił mi sesję (zdjęcie na okładkę), podczas której śpiewałam wychylając się spod klawiatury. Czyżby zadziałała opisana przez Junga teoria synchroniczności akazualnej ;)?.
Poza tym chodziłam (tz. w 82 i 83 roku) na zajęcia rzeźby (w ramach których głównie malowałam) i nas potkania grupy teatralnej. Słowem - robiłam wszystko. Jak dzisiaj, choć w nieco innych proporcjach. Pod tym względem za bardzo się nie zmieniłam.
Oczywiście ogromnie ważne było pisanie (jak wcześniej, dużo jest o tym w poprzednim zeszycie). Oprócz faktów i przemyśleń spisywałam sny (bardzo interesujące), pisałam sztuki teatralne (nawet w nich grałam), wiersze (w dzienniku chwalę się tym, że potrafię stworzyć nawet kilka podczas jednej lekcji – niezły przerób ;) trzeba przyznać) i opowiadania. Jedno z nich, najbardziej groteskowe, postanowiłam zaprezentować. Znalazłoby się, co prawda, parę tekstów dużo sprawniej pod względem formalnym napisanych. Ten jednak wydał mi się na tyle odjazdowy (tak się w tamtych czasach mawiało) i dodatkowo całkowicie pozbawiony egzaltacji (czego nie da się, niestety, powiedzieć o wszystkich znalezionych w zeszycie tekstach), że postanowiłam go wyróżnić. Ponadto w osobliwy sposób integruje moje zainteresowania przyrodnicze (nie przez przypadek trafiłam do klasy biologiczno-chemiczne) i literackie ;)
Bohaterem opowiadania jest...
Tasiemiec
W jelicie cienkim pewnego człowieka żył sobie tasiemiec uzbrojony. Tasiemiec ten, jak wszystkie inne tasiemce dostał się do organizmu owego człowieka (czyli żywiciela) drogą pokarmową. Oddychał beztlenowo, rozmnażał się, żywił mleczkiem pokarmowym, zatruwał człowieka szkodliwymi substancjami przemiany materii – słowem: pasożytował. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że tasiemiec ten był jednostką wybitną; tasiemcowym geniuszem-indywidualistą. A sprawił to fakt, że w maleńkiej główce tasiemca mieściły się nie tylko narządy czepne, lecz także mózg. Mózg był maleńki, ale silnie pofałdowany.
Nie wiadomo skąd u tak słabo zorganizowanego robaka płaskiego, tak skomplikowany narząd. Faktem jest, że tasiemiec go posiadał i pewnego dnia zaczął myśleć.
Rozmyślania zaczął od analizy swojej sytuacji. Stwierdził, że znajduje się w bardzo wąskiej rurce i zupełnie nie ma przestrzeni życiowej. Po dłuższym namyśle zauważył, że bezczelnie korzysta z gotowych produktów trawienia człowieka, zatruwa go i niszczy. Odkrycie to napełniło tasiemca przerażeniem. Trzeba bowiem wiedzieć, że był on wielkim idealistą i snuł śmiałe plany uszczęśliwienia świata oraz nawrócenia społeczeństwa ludzi i tasiemców na właściwą drogę. Położenie jego było nader głupie, ponieważ pasożytnictwo zupełnie nie zgadzało się z jego ideologią. Gdyby, jednak, uwolnił ciało człowieka od swojej osoby, sam by zginął i nie mógł zrealizować swoich podniosłych marzeń. A przecież czuł, że mógłby to uczynić, że porwałby wszystkich swoim przykładem i pokochano by go pokochali za jego dobroć.
Tasiemiec długo się nad tym zastanawiał. Wnętrzem jego członów szarpały niezwykłe przeżycia, a on nie mógł nawet opisać, ani namalować swych cierpień, ponieważ człowiek, w którym żył nigdy nie spożywał farb, atramentu i papieru.
Po wielu tygodniach znalazł rozwiązanie. Na razie będzie nawracał ludzi, dając im znak, że czynią źle. W tym celu przebił ściankę jelita i wywiercił otwór w brzuchu. Tylne jego człony nadal nadal wchłaniały mleczko pokarmowe na zasadzie osmozy, lecz główkę wystawił przez przez dziurkę i gdy tylko zauważył, że ktoś czyni zło wystawiał głowę z szyjką i kiwał nią złowieszczo, jak mama palcem, gdy widzi, że synek zrobił kupkę na środku pokoju. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że tasiemce nie mają narządu wzroku, nic więc nie mogą widzieć. Toteż nasz bohater kiwał główką na intuicję wierząc w swoje wieszcze powołanie i był szczęśliwy, że wskazuje ludziom i tasiemcom właściwą drogę.
(noc z 7 na 8 XII 1982r.)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















