poniedziałek, 22 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 27. Alternatywne światy według Kundery

W "Nieznośnej Lekkości Bytu" Milan Kundera twierdzi, że nigdy nie będziemy pewni, czy podjęliśmy słuszną decyzję. Żeby to stwierdzić musielibyśmy przeżyć alternatywne życie, w którym wybraliśmy tę drugą - odrzuconą opcję. A potem oba życia porównać. A ponieważ każdego dnia dokonujemy wyborów skazani zostalibyśmy na setki, tysiące żyć i bezustanne ich porównywanie. Im więcej decyzji, tym więcej żyć. 
Słowa Kundery przypomniały mi się dzisiaj, kiedy poznałam jeden ze skutków podjętej niedawno decyzji. Postąpiłam zgodnie z własnym sumieniem. Wcześniej odbyłam kilka rozmów, rozważyłam rozmaite opcje i wybrałam to, co wydawało mi się najbardziej słuszne. Wyszło... źle? Patrząc na skutki i przewidując, co jeszcze może nastąpić można powiedzieć, że nie najlepiej. Z drugiej strony - gdybym dostała zapis rozwoju wydarzeń po wybraniu dwóch alternatywnych opcji mogłoby się okazać, że następstwa są jeszcze gorsze. To się wydaje nawet wysoce prawdopodobne. Dlatego, wyjątkowo, nie będę popadać w poczucie winy. Podejmę kolejną decyzję (jeszcze nie wiem jaką) mając świadomość, że i tak nie jestem w stanie przewidzieć wszystkich jej skutków. Dlaczego tego nie potrafię? Może jestem głupia? Mało inteligentna? Nienormalna? Naiwna? To ostatnie najbardziej prawdopodobne
A może to w świecie, który mnie otacza coś jest nie tak? Może warunki, w których decyzja została podjęta są nienormalne? Obawiam się, że raczej to drugie. Zwłaszcza, że chodzi o bardzo konkretną rzeczywistość i bardzo konkretne warunki. Szkoda, bo łatwiej zmienić siebie, niż świat. A ja mam wrażenie, że absurdy niektórych aspektów dzisiejszej rzeczywistości prawie dorównują niektórym absurdom PRLu.
Tu przypomina mi się inna książka Kundery - "Żart". Główny bohater nie przewidział skutków niewinnego żarciku zawartego w prywatnym liście. W efekcie został usunięty ze studiów i umieszczony w obozie pracy przymusowej. On był bezmyślny, czy świat dookoła chory? Szczęśliwie, te czasy dawno minęły. Być może dopiero takie porównania pozwalają nam to docenić. Czy to jednak oznacza, że mamy się godzić na absurdy dzisiejszej rzeczywistości?

niedziela, 21 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 26. Schizofrenia nóg

-Jak do tego doszło? - spytała pani doktor robiąc mi usg mięśni uda.
- Prawdopodobnie naciągnęłam sobie podczas ćwiczenia półlotosów.
- Samo zdrowie! - padł sarkastyczny komentarz. Ciekawe, czy tak samo mówi ludziom, którzy pouszkadzali się na nartach. Jogę ćwiczę czwarty rok. Przez pierwsze trzy może mało  intensywnie (najwyżej 1,5 godz w tygodniu). Do tej pory nic sobie z tego powodu nie zrobiłam. Co więcej, dzięki jodze wyleczyłam sobie kręgosłup i staw biodrowy - tradycyjna rehabilitacja nie bardzo dawała sobie z tym radę.
Muszę tu również wyznać, że rzeczonej kontuzji nabawiłam bynajmniej nie z powodu pilnego przestrzegania zaleceń naszej "Jogini", lecz, wręcz przeciwnie, na skutek samowoli i nadgorliwości podczas domowej praktyki. Jest więc ona raczej wynikiem odstępstwa od jogi niż postępowania wedle jej reguł. Jest również oddalonym w czasie skutkiem uprawiania sportu, który w pani doktor zapewne nie wzbudziłby podejrzeń. To w wyniku treningów lekkoatletycznych moje nogi uległy daleko idącej  specjalizacji.;) Co potrafi lewa, tego prawa nie jest w stanie dokonać. Co z łatwością przychodzi prawej, nad tym lewa musi się zdrowo  napracować. Jedna jest rozciągnięta i elastyczna, lecz nieco słaba (to zakroczna w biegu przez płotki). Druga silna i pełna mocy, acz nieco sztywna (atakująca w płotkach, odbijająca w skoku w dal).  Zupełnie jakbym miała nogi od dwóch różnych ludzi. Lewa jest nogą Doroty giętkiej, delikatnej, by nie powiedzieć nieco wiotkiej. Prawa nogą Doroty mocarnej, dynamicznej i pełnej energii. I właśnie silniejsza uległa kontuzji.
Tak wiem każdy człowiek jest nieco asymetryczny, tak więc lekkoatletyka tylko wzmocniła naturale predyspozycje. Ciekawe jest to, że choć "karierę"  sportową zakończyłam w wieku lat piętnastu - moje ciało do dziś pamięta "specjalizację". 
Nie wykładałam swych teorii pani doktor, która i zresztą i tak zeszła z tonu stwierdziwszy, że kontuzja nie jest groźna (żadnych zerwanych ścięgien itp., przede mną badała narciarkę)
Niegroźna, lecz upierdliwa. I tu znów wyłazi moja nadgorliwość/niecierpliwość.
- Nie mówię o półlotosach, ale kiedy wreszcie będę mogła normalnie usiąść w siadzie skrzyżnym? - żaliłam się koledze rehabilitantowi.
- Mówisz to tak..., czy ja wiem, jakby ktoś ci zabronił jeść słodyczy.
No cóż, to dla mnie gorsze niż brak słodyczy. Nie wspominając, że mięśnie, które ucierpiały podczas kontuzji przydają się również w innych interesujących okolicznościach.;)  Tak wiem, są rozmaite opcje. Ale trochę trudno o spontaniczność, gdy człowiek musi wciąż pamiętać o swoim przywodzicielu (to jeden z naciągniętych mięśni, dotychczas nawet nie wiedziałam, że używa się go w tylu rozmaitych sytuacjach).
Nic więc dziwnego, że przez  czas wpędzałam się w poczucie winy. Ale poczucie winy jest kiepskim doradcą, dlatego postanowiłam zmienić podejście.
- Najlepsi jogini to tacy, którzy coś sobie zrobili, bo t zmusza do tego, by lepiej wsłuchać się w swoje ciało - wyjaśniła mi na ostatnich zajęciach "Jogini".
Tak więc mam zmodyfikowany program podczas sesji jogi,  rozciągające ćwiczenia od kolegi rehabilitanta i zapał do wsłuchiwania się w swoje ciało. Byle tylko nie przerodził się on w nadgorliwość. ;)           
P.S. Chyba już nie będę przerywać wątków, obiecywać dalszych ciągów, bo o schizofrenii nóg już nie bardzo chciało mi się pisać. Znów za sobą nie nadążam .
Nienapisane posty:
- O wątpliwościach co do idei pisania bloga, to znaczy pisania bloga przeze mnie.
- O zalegających w piwnicy stertach pisanych przed laty prawdziwych dzienników i moich dylematach, co z nimi zrobić: spalić? zostawić? ocenzurować?
- O "Dziennikach" Gombrowicza, o tym, co z siebie w nich odnajduję, a także o tym, co budzi mieszane uczucia - przyciąga/odstręcza.
- O znajomej rodzinie ormiańskiej, która po prawie kilkunastu latach (16,18?) przebywania w Polsce wciąż nie ma obywatelstwa i o szczególnie trudnej sytuacji ich syna.
- O nadgorliwości i wychodzeniu przed szereg, która szkodzi nie tylko w jodze.Uff, jak ja tego u siebie nie lubię! To czasami męczące - być mną.
- O węgierskim filmie animowanym, którego humor (cała sala pokładała się ze śmiechu) wynikał prawie wyłącznie z dźwięku, ruchu i plastyki postaci, bo fabuły i anegdoty właściwie w nim nie było - to dopiero szuka!
- O paradoksach, by nie powiedzieć paranojach, związanych z pewną gazetką samorządową i o stresach, które  w ostatnich dniach stały się moim udziałem.

piątek, 19 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 26, czyli post upleciony z trzech wątków

Wątek pierwszy:
Piszę baśń dla dorosłych. W zamierzeniu najwyżej kilkanaście stron. Siedzę nad nim już od kilku miesięcy i jestem na czwartej stronie. Tu muszę przyznać, że większość mojego pisania to przerwy. Ale i tak mam wrażenie, że wtaczam słowa pod stromą górę, a każde z nich waży chyba tonę. Choć z drugiej strony zdarzają się dni, gdy nagle zrywa się podmuch, jak dzisiaj, wiatr od ziemi, który unosi słowa do góry, tak, że w ogóle nie czuję ich ciężaru. Wtedy potrafię napisać nawet kilkanaście zdań dziennie. No, ale napisanie tej baśni to jedno z moich postanowień noworocznych, więc jest szansa, że do grudnia skończę.
Cóż taka to bajka. Trudnopisalna. 
Wątek drugi:
Być może niedługo zostanę nie tylko reżyserką słów, ale również reżyserką filmów. Moja ulubiona szefowa, zwana również na tym blogu panią dyrektor... Zresztą...od tej chwili będę ja nazywać Kamilą, bo po prawdzie bardziej jest mi Kamilą niż szefową.  A więc Kamila wysłała mnie na kurs filmowy, co bym mogła sama w przyszłości warsztaty filmowe prowadzić. 
Tak się składa, że film to jeden z moich rozlicznych pomysłów na życie (chyba powinnam mieć więcej żyć). Pracownia animacji podczas studiów na ASP. Praca w telewizji przed laty. Scenariusze. A nawet Kino Nokowe, które prowadzę w Nadarzynie. Te wszystkie filmowe wątki musiałam sobie przypomnieć (i opowiedzieć) podczas wczorajszego spotkania organizacyjnego grupy początkującej. Po namyśle zdecydowałam się wybrać taką właśnie grupę z uwagi na moje operatorskie i montażowe zapóźnienia technologiczne.
Tak, jak się spodziewałam jestem w grupie najstarsza (nie licząc prowadzącego). No cóż tak to już ze mną bywa. Raz jestem młódką-czterdziestką (np. w SPP), a kiedy indziej wręcz przeciwnie, np. wśród swoich współpracowników z Cypla)  Choć jedna dziewczyna wyglądała na osobę w porównywalnym wieku. Obawiałam, że spotkam tam kogoś z klasy mojego syna. To było całkiem prawdopodobne z uwagi na to, że chodzi on do klasy o profilu filmowo-teatralnym. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Choć był chłopak w jego wieku. Siedemnastolatek.    

Zabawne jest to, że mój siedemnastoletni syn trafiłby zapewne do grupy zaawansowanej - Przedszkole Wajdy, które ukończył jeszcze w gimnazjum, a które, wbrew nazwie wcale nie jest dla przedszkolaków, tylko dla studentów, licealistów i gimnazjalistów. Pierwsze filmowe realizacje... 
Dziwnym zbiegiem okoliczności z oglądanych wczoraj filmów najbardziej podobała mi się animacja "Drzewo" zrealizowana przez siedemnastolatka (w tej chwili jest już starszy). Porażająca. Również baśń, co łączy ten wątek z poprzednim wątkiem.     

Wątek trzeci:
Wczoraj w wyniku USG przywodziciela/odwodziciela (?) uda zdiagnozowałam u siebie schizofrenię nóg, której nabawiłam się wskutek treningów lekkoatletycznych (ostatni z nich odbył się zapewne dwadzieścia parę lat temu) Warto dodać, że sport to nie był, wbrew pozorom, jeden z moich rozlicznych pomysłów na życie (co odróżnia ten watek od poprzedniego), tylko uprawianym wyczynowo hobby. 
Tu przerwę wątek w najciekawszym momencie, jak przystało na dobry serial. 
Ciąg dalszy w kolejnym odcinku.   
P.S. Doszłam do wniosku, że strukturalnie najlepiej pasują do serialu (a może raczej telenoweli) posty z gwiazdkami. W tym poście zamiast wkleić gwiazdki ponumerowałam wątki.       

środa, 17 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 25. Zobaczyć!

Nie zachęcisz przeciętego gimnazjalisty do zajęć artystycznych tłumacząc mu, że stanie się przez to bardziej wrażliwym odbiorcą sztuki. Ale jeśli mu powiesz, że będzie dzięki nim sprytniejszy, bardziej zaradny, nie pozwoli się wyrolować, to może się zainteresować. 
Wbrew pozorom nie myślę o takiej motywacji w kategorii przynęty. Naprawdę uważam, że edukacja artystyczna powinna przede wszystkim przygotować do codzienności. Jeżeli nauczymy się korzystać z niej w ramach „prozy życia”, to z pewnością rozpoznamy ją również w „warstwie poetyckiej”.;)  I jestem przekonana, że tak właśnie powinno się podchodzić do "plastyki" w szkole. Praktycznie. Co niekoniecznie oznacza praktycznie uczyć rozmaitych technik plastycznych. 
Mam na myśli przede wszystkim to, że jeśli młody człowiek pozna podstawowe prawidła dotyczące psychologicznego oddziaływania koloru, czy kompozycji, swego rodzaju wizualne abecadło, to będzie w stanie odczytać zarówno to, co mówi do naszej podświadomości reklamowy baner, jak i abstrakcyjny obraz. 
To swoisty paradoks – żyjemy w cywilizacji obrazkowej, a nie potrafimy rozpoznać, co oznaczają spotykane na co dzień symbole, znaki, obrazy. Dlatego mylimy się w rozpoznawaniu atakujących nas zewsząd wizualnych komunikatów i dlatego tak łatwo nas nabrać, zwieść, omamić. Zwłaszcza, że spece od mediów i reklamy doskonale to wizualne abecadło znają i potrafią z niego korzystać. Co ja piszę? Nie tylko abecadło ale całą skomplikowaną gramatykę i stylistykę. 

Tymczasem przeciętny mieszkaniec naszego kraju nie ma pojęcia, jak wpływa na nasze emocje widok kompozycji statycznej, a jak dynamicznej? Dlaczego tak często niebieski jest kolorem opakowań środków czystości, a tak rzadko „pakuje się” weń żywność? Dlaczego dziewczyna z reklamy nosi czerwoną sukienkę? 

Nauczyciel zadając tego typu podstawowe pytania i szukając na nie odpowiedzi dałby swoim podopiecznym przekaz: radź sobie w życiu, nie daj się oszukać, zwieść, uwieść lub przynajmniej miej świadomość, że cię uwodzą. A przy okazji sam nie wiesz kiedy znajdziesz radość z oglądania dzieł sztuki. 
Takie wizualne abecadło można wykorzystać również do przybliżania innych kultur, rozszyfrowywania kulturowych kodów. Chodź by porównując przykładowe dzieła. W tradycji wschodniej obrazy mają na ogół otwartą kompozycję, a człowiek stanowi równoważny z innymi element pejzażu. W europejskich dziełach mamy zazwyczaj kompozycję zamkniętą, a pejzaż jest jedynie tłem dla człowieka. Nietrudno odczytać jak to się ma na przykład do roli człowieka i natury w tych kulturach. To naturalnie pewne uproszczenia. Niemniej jestem przekonana, że analiza kompozycji traktowana w kategorii detektywistycznej przygody pozwoliła by nie tylko ciekawie, ale i skutecznie uczyć.
„Znajomość tych prawideł może się również przydać w edukacji emocjonalnej. Nie każdy musi namalować piękny obraz, ale każdy może za pomocą kolorów, kompozycji, faktur wyrazić to, co czuje, odreagować swoje emocje.”

Opisane powyżej pomysły przyszły mi do głowy wiele lat temu, gdy przymierzałam się do działalności pedagogicznej (jeden z wielu pomysłów na życie). Przypomniałam je sobie przy okazji wywiadu, który robiłam niedawno.
Wciąż marzy mi się wprowadzenie takiego programu wizualnej edukacji do szkół. Wiem, że to nie łatwe, że wymagałoby współpracy sztabu specjalistów zajmujących się różnymi dziedzinami sztuki i reklamy, nieustającej aktualizacji i nadążania za zmianami w otaczającej nas wizualnej rzeczywistości. Ale może warto podjąć taki wysiłek.

P.S. O tym, że Polacy "nie widzą" przekonałam się po raz kolejny przypominając sobie "Dzienniki Gombrowicza". Uwielbiam go, ale jego poglądy na malarstwo... No ale chyba temat na oddzielny odcinek .

Sezon 1, odcinek 24. Wczoraj

Rano w kolejce WKD, którą jechałam do Warszawy telefon z propozycją scenariuszową. Dzięki Atheno, że pamiętasz o mnie i polecasz.
***
W tramwaju żebrząca Cyganka z dzieckiem na reku.
- Pomóżcie. Ja biedna. Ja mieszkam w baraku.
- W baraku? My mieszkamy na ulicy. My w ogóle domu nie mamy. Jak można tak dziecko męczyć, całymi dniami tramwajem go wozić.
Traf chciał, że tramwajem jechała grupa warszawskich bezdomnych.
***
Wprawa z synem przetartym latami szlakiem do szpitala. W wyniku przecierania takich szlaków nabawiłam się alergii na wizyty lekarskie, mimo, że niektórzy z nich okazali się naprawdę sensowni (ale wielu wręcz przeciwnie niestety)
Ale też chwila nostalgii, gdy mijaliśmy Galerię Milano. Pracowała tam kiedyś moja koleżanka i często robiliśmy tam przystanek "na szlaku".
***
W drodze powrotnej toczyliśmy z synem interesujące filmowo-scenariuszowe rozmowy. Nagle w tę miłą, intelektualną atmosferę wtargnęli oni - ludzie, o których istnieniu większość z nas wolałaby nie pamiętać. Rozszedł się odór alkoholopodonych substancji i rozległy wrzaski. Ona (wiek nie do określenia, usta na trzy czwarte twarzy, całe w pianie) bełkotała histerycznie na cały tramwaj. Bełkotała krzykiem. Belkotała płaczem. On - najprawdopodobniej kat i kochanek - w pewnym zaczęła krzyczeć, że ją bije.
Trzymałam rękę na komórce gotowa dzwonić po policję, gdyby faktycznie doszło do przemocy. Tymczasem to ona kopała go po nogach. On odgrażał się, że jeśli nie przystanie to jej przypierdoli. Kiedy chciał wyjść, biegła za nim i przepraszała.
Współczucie i odraza. Poczucie bezradności. Smutek wynikający ze świadomości, że nie każdy jest w stanie odmienić swój los.
Chciałam jakoś pomóc, ale jak? A nade wszystko chciałam, żeby TO się skończyło, co w praktyce mogło oznaczać tylko jedno - wreszcie wyjdą z tramwaju. Zdawałam sobie sprawę, że wówczas to wydarzenie zakończy się dla mnie, nie dla nich, bo gdzieś poza moją świadomością ta awantura będzie toczyła się dalej i prawdopodobnie wtedy on naprawdę ją pobije.
"Skończyło się". Wysiedli przy Bazarze Banacha. Przypomniałam sobie "Kieszonkowy Atlas Kobiet" i przyszło mi do głowy, że literatura nie "dorasta" do rzeczywistości. Dodam, że książka, z jednej strony, bardzo mi się podobała, z drugiej uważałam ją za przesadną. Sama wychowałam się na Ochocie znam tę dzielnicę z zupełnie innej strony.
***
Czas "międzyspotkaniowy" przeczekałam u mamy, która była w tym czasie w pracy. Traf chciał, że przyszedł w tym czasie listonosz i musiałam odebrać polecony do nieżyjącego barta. Dziwne i smutne.
***
Stres, że zepsułam mamie komputer (nie zepsułam, jak się okazało).
***
Wizyta w redakcji "Wyspy" i dość zaskakująca rozmowa z przesympatycznym Piotrem Dobrołęckim (oraz jego nie mniej sympatyczną żoną).
***
Zebranie Zarządu Okręgu Warszawskiego SPP nie odbyło się z powodu choroby prezesa (a ja targana wyrzutami sumienia spowodowanymi absencją na kilku poprzednich tego typu wydarzeniach specjalnie zwolniłam się z pracy) . No ale była okazja do spotkania w sympatycznym gronie. Cudowna obecność poetki Adriany Szymańskiej, która przybyła do Domu Literatury jako jedna z prelegentek mającego się odbyć tego dnia spotkania autorskiego Zakochałam się w jej spontaniczności, energii, bezpretensjonalności. Za jej namową zostałam na imprezie.
Stopniowo na spotkanie zaczęli się schodzić inni zasłużeni i z dorobkiem członkowie tego szacownego Stowarzyszenia. I ja wśród nich - młódka czterdziesto trzy letnia. ;) Czułam się trochę jak nieopierzony i niedoświadczony pisklak
Potem, jednak, napłynęli przedstawiciele młodszego pokolenia. A obok stałych bywalców - np. poety K, który, zdaje się, nie rozpoznał we mnie "półbogini skandynawskiej" (tak nazwał mnie na na ostatniej imprezie u wspólnego znajomego) oraz żony faceta, którego omal nie pocałował w rękę (to wydarzenie z jeszcze wcześniejszej) zobaczyłam osoby których dotychczas nie spotykałam na tego typu SPP imprezach (np. Kamil Sipowicz). A nawet (podobno) członkowie ZLP!
Bohaterem wieczoru był Jerzy J. Fąfara. Zabawnie było obserwować "pojedynek" ;) na zachwyty obu prelegentek (spotkanie prowadziła Krystyna Rodowska).
Tak wiem. Powinnam skupić się na literaturze. Cóż jednak na to poradzę, że uwielbiam obserwować kuluary. Dlatego, mimo zmęczenia, (od początku tego tygodnia znów muszę wstawać przed szóstą) zostałam chwilę na nieoficjalnej części spotkania. Pogadałam ze starymi znajomymi i wysłuchałam sympatycznych opowieści dwóch nie mniej sympatycznych panów, którzy szarmancko niedowierzali, że przekroczyłam już wiek, w którym poetka zamienia się w prozaiczkę ;), czyli trzydziestkę ("Mamo, to prawda, że młodo wyglądasz, ale bez przesady. Pewno chcieli cię wyrwać" - to komentarz mojego syna).
Potem moje zdolności percepcji się wyczerpały, więc bardzo przepraszam moich rozmówców, jeśli sprawiałam wrażenie trochę niekumatej.
P.S. Wbrew pozorom nie pominęłam strony literackiej tego wydarzenia. Spotkanie spełniło swoje zadanie i zachęciło mnie do bliższego kontaktu z twórczością pana Fąfary.
***
Wczoraj spotkało mnie również zaskoczenie - dowiedziałam się, że posiadam, jak to się mówi, "nazwisko". Jeśli mam coś dać, to znaczy, że to posiadam - w tym przypadku miałam "dać nazwisko". Poczułam się jak podczas spotkań autorskich, kiedy dzieci zadają mi pytanie:
- A jak wygląda życie słynnej pisarki?
"Powiedz im, żeby spytały słynnej pisarki" (to rada mojego męża ;)).

poniedziałek, 15 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 23. Sceny z nieskończoności

Dziś publikuję artykuł o nieistniejącej autorce filmów animowanych realizowanych w technologii żelatyny. O okolicznościach powstania tekstu przeczytasz na mojej stronie, czyli tutaj  i tutaj.


Mikrokosmos w żelatynie,

czyli kilka scen z „Nieskończoności”

to atomy w plasach zmieniają partnerów
liść przestaje być liściem
choć jeszcze nie zmienił się w ziemię


Gdybym nie studiowała biologii zapewne nie zauroczył by mnie świat, który obserwowałam pod mi­kroskopem. Gdybym nie porzuciła biologi dla rzeźby, nie wpadłabym na pomysł, aby ten świat zmate­rializować wlewając żelatynę w gipsowe formy. Gdybym z rzeźby nie przeniosła się na animację, być może nie przyszło by mi do głowy, że te żelatynowe rzeźby można ożywić. Wreszcie – gdybym przez ten cały czas nie pisała wierszy układałabym tradycyjne fabułki lub wzorem kolegów plastyków tworzyła piękne ruchome obrazki. Dzięki poezji mogę zestawiać sceny w metafory i komponować sekwencje w wiersze.

Zarzucają mi, że trzymam dziesięć srok za ogon. Nie wiedzą, że granice w moim świecie przebiegają ina­czej niż podziały w teorii sztuki i chętnie ulegają rozkładowi, jak materia w przyrodzie, która tak łatwo zmienia formę, przechodząc z jednego ciała w drugie. Nie mogę więc inaczej. Niezależnie od tego, co robię – piszę, rzeźbię, czy animuję – zawsze zajmuję się tym samym.
(Nika Sanders, fragment wywiadu)

wymieniają się śliną i potem/rozpuszczają sobie granice

W jednym z najbardziej znanych filmów Niki Sanders – „Nieskończoności” – z bezkształtnej, organicznej magmy wyłania się planeta-komórka, która rozpoczyna samotną wędrówkę. Wreszcie spotyka inną planetę-komórkę. Od pierwszego dotknięcia granice między nimi zaczynają się rozpuszczać. Komórki łączą się w kuli­sty twór, który zaczyna pączkować. Komórka – „córka” odrywa się od „matki” i zaczyna krążyć wokół niej jak Księ­życ wokół Ziemi.


Do ożywiania żelatynowych rzeźb Sanders używa ciepła (galaretowate twory rozpuszczając się pod jego wpływem lub stapiają w jedno). Odtwarzając film od końca autorka uzyskuje efekt wyłaniania się organicznych form z żelatynowych „oceanów sprzed pamięci”. Czasami (co jest bardziej pracochłonne) przygotowuje żelatynowe odlewy odtwarzające poszczególne fazy ruchu (bez tego nie byłaby w stanie zrealizować sceny pączkowania)

Chociaż (z uwagi na kulinarne skojarzenia) brzmi to dość zabawnie, użycie galaretki pozwala uzyskać niezwy­kle organiczny efekt. Aby go wzmocnić Sanders zatapia w żelatynowych tworach fragmenty folii lub półprze­zroczyste kapsułki z tranem bądź witaminami mające imitować organella komórkowe. Choć wykreowane przez Sanders obiekty przypominają oglądane pod mikroskopem jednokomórkowe organizmy, ruch jaki im nadaje sprawia, że nigdy nie jesteśmy pewni, czy mamy do czynienia z mikro-, czy makro- kosmosem.
Mikroskopowy świat to nie koniec biologicznych inspiracji. Żelatynowe sekwencje reżyserka chętnie zestawia ze scenami zrealizowanymi w wyniku długotrwałego poklatkowego filmowania naturalnych zjawisk: rozkładu – „wsiąkanie liści w ziemię” lub przeciwnie procesu rodzenia się życia – „słychać kiełkowanie planet”.

chodź, zajrzyj w moje ciało jak korzeń, co zagłada w ciepłą wilgoć ziemi

Ziarno fasoli pęcznieje i wypuszcza w wilgotną ziemię kiełek. Kiełek rośnie i cofa się. Zanurza i wynurza. Za każdym razem coraz głębiej. Pulsujący rytm przyspiesza i rwie się. Wreszcie fasolka otwiera się rozchylając „ciepłe i żywe płatki” liścieni i... następuje gwałtowna eksplozja zieleni – roślina wystrzela w niebo.

Banalna scenka jak edukacyjnego programu przyrodniczego poprzez odpowiedni montaż, powtórzenia, mani­pulację rytmem i tempem buduje nowe skojarzenia. Ruch staje się elementem poetyckiej metafory. Niektórzy twierdzą, że Sanders jest lepszą poetką w filmie niż w literaturze. Jej wiersze określane są czasem jako „na­zbyt fizjologiczne”. Tworząc filmy zdaje się nadawać „fizjologicznym metaforom” bardziej abstrakcyjny wymiar.

mój brzuch dojrzał jak księżyc

W „Nieskończoności” autorka przedstawia również inny filmowany przez wiele miesięcy naturalny proces. Se­kwencja ma bardzo osobisty charakter i uświadamia, jak długo trwała realizacja tego trwającego zaledwie kilka minut filmu. Pomysł narodził się, gdy Sander dowiedziała się, że jest w ciąży. Każdego dnia przez dzie­więć miesięcy filmowała poklatkowo swój rosnący brzuch. Gotowy materiał przetworzyła w komputerze sprowa­dzając obraz do nieomal abstrakcyjnej linii – granicy między światem a ciałem – „przed narodzinami świat był jeden/ cały z jednego rytmu/nagle pękł/na mnie i na całą resztę”. Mimo tych wizualnych manipulacji widz cały czas ma świadomość, co stanowiło materiał wyjściowy. Terytorium ciała jest w niezwykłym różowym kolorze, terytorium świata zdaje się być „całe z blasku” – „nad nami światło złocisto różowe/ przesiane przez powiekę Boga”.

W kluczowym momencie linia brzucha zaokrągla się i zamyka – „kiedy za którymś razem/ zbyt mocno doświadczył granic/ skulił się i splótł końce/ zgodził się na koło” (z wiersza „Przypowieść o odcinku”). Koło za­mienia się w księżyc, a świetliste tło przenika w ciemność. W ciemności księżyc przekształca się w żelaty­nowego „komorkówca”. Ten pączkując uwalnia własny żelatynowy księżyc, który po kilku okrążeniach rozpoczy­na samotną wędrówkę. Spotyka inny żelatynowy księżyc. Zlewają się w jedno. „Jedno” zaczyna się dzielić i wreszcie rozpada na niezliczoność planet-komórek, które po chwili zamieszania – „słychać jak wiatr przesy­puje gwiazdy” – układają się w żelatynowy kosmos. Jeden z satelitów opuszcza go rozpoczynając samotną wę­drówkę. Spotyka inną uwolnioną satelitę-komórkę. Zlewają się w Jedno. „Jedno” zaczyna pączkować i tak w nieskończoność...

Cytaty i śródtytuły pochodzą z wierszy Niki Sanders

niedziela, 14 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 22. Wyspa, Kusturica i młodsza siostra

*** 
Dowiedziałam się, że ukazała się kolejna "Wyspa".  To ostatni numer, w którego redagowaniu brałam udział (moja karma ;) związana z "Wyspą" chyba się wyczerpała, stąd rezygnacja).
Zabawne, że natychmiast pojawiła się propozycja współtworzenia innego pisma literackiego - tym razem chodzi o numer obecny na rynku od dziesięcioleci. 
Nowej "Wyspy" nie widziałam. Ani w realu, ani w wirtualnym świecie. Dlatego zamiast komentować odsyłam do wyspiarskich wspominków, które można znaleźć na mojej stronie. Zachęcam zwłaszcza do obejrzenia filmowej relacji z podlewania palmy przy rondzie de Gauelle`a, którą zorganizowałam, by uczcić Cypel (redagowany przeze mnie dodatek do "Wyspy") poświęcony działaniom w przestrzeni miejskiej. Zrealizowany przez mojego syna filmik dostępny jest zarówno ze strony, jak i na video google.

***
Obejrzeliśmy z Darkiem "Obiecaj mi!" Kusturicy. Dodam w tym miejscu, że cała nasza trójka (łącznie z synem Iwem, który był akurat na jakiejś imprezie) uwielbia tego reżysera. "Czas Cyganów" (być może ulubiony), "Czarny kot, biały kot", "Underground", "Ojciec w podróży służbowej"... Tym razem jednak przeżyłam rozczarowanie. Miałam wrażenie, że oglądam film reżysera, który za wszelką cenę próbuje Kusturicę naśladować.

***
Darek wyszperał zdjęcia, które robił mi lata temu. Parzę na nie i przychodzi mi do głowy, że byłam kiedyś śliczna. Nie żebym teraz miała coś przeciwko swojemu wyglądowi. Fakt, jestem starsza, ale to wszystko.
Może jednak do takiej refleksji potrzebny jest dystans, perspektywa lat, by umieć spojrzeć na siebie jak na młodszą siostrę, którą bardzo się kocha.    

P.S. Powinnam może pisać o Walentynkach? Ale po co, skoro prawie wszyscy to robią? W sumie, patrząc z perspektywy niespełna dwóch miesięcy funkcjonowania tego bloga stwierdzam, że i tak, na ogół jestem nie na czasie. Więc niech tak zostanie. 
nawiasem mówiąc ostatni podpunkt, a raczej "podgwiazdka" ;) ma przecież miłosny charakter, choć może nie we wszechobecnym serduszkowo-walentynkowo stylu. Tym razem, więc, choć trochę piszę na temat. ;)
Tak się zresztą w tym roku złożyło, że Walentynki zbiegły się końcem zimowych ferii. To trudny dzień dla ludzi, którzy nie zakończyli edukacji. Odklejam się więc komputera i biegnę pocieszać syna.

czwartek, 11 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 21. Otwarcie Świetlicy w Nowym Monasterzysku


To prawdziwa radość spotkać ludzi, którzy chcą zmienić coś w świecie, w którym żyją i nie czekają, żeby ktoś zrobił to za nich. Zamiast narzekać zakasują rękawy (w tym przypadku również w dosłownym sensie) i wspólnie biorą się do pracy. Nawet jeśli pojawiają się trudności i chwile zniechęcenia nie rezygnują, tylko szukają nowych rozwiązań. "Gdy brakowało nam umiejętności, zapraszaliśmy do pracy nowe osoby. " *
O takich właśnie ludziach napisałam w grudniu ubiegłego roku na portalu ngo.pl. Temat znalazłam w bazach ngo. Jechałam właśnie do swojej chałupki na Warmii i pomyślałam sobie, że fajnie by było napisać tekst o jednej z funkcjonujących w okolicach organizacji pozarządowych. Drogą selekcji wytypowałam te, które zadały sobie trud założenia strony internetowej. Co spowodowało, że spośród nich wybrałam Stowarzyszenie Mieszkańców i Przyjaciół Wsi – Nowe Monasterzysko? Intuicja? Szczęśliwy traf?
Kiedy spotkałam się w grudniu z paniami z Zarządu Stowarzyszenia trwały właśnie prace remontowe wiejskiej Świetlicy.
"Łącznie do prac przy remoncie włączyło się 30 % mieszkańców : 25 mężczyzn , 15 kobiet, 10 dziewcząt, 10 chłopców. Przepracowaliśmy 960 godzin.
Pracowaliśmy w czasie wolnym, biorąc urlopy, czy rezygnując z dodatkowych zleceń, które stanowią uzupełnienie budżetów naszych rodzin. Niektórzy z nas remontowi oddali serce, Robert Śluborski z żoną , małżeństwo Aneta i Marek Dietrych. Wszystkie prace - z wyjątkiem stawiania komina , wykonali mieszkańcy : mężczyźni murowali, szpachlowali, montowali płyty, instalacje; kobiety skrobały ściany, czyściły, myły, szlifowały, szyły. Do prac włączały się także dzieci, a najstarsi chłopcy pracowali na równi z mężczyznami."
Marzeniem mieszkańców było stworzenie wspólnej przestrzeni, miejsca w którym dzieci i młodzież mogłyby spędzać wolny czas, rozwijać zdolności, a dorośli spotykać się ze sobą. Stąd idea, by przywrócić do użytku świetlicę, która służyła mieszkańcom przed laty. Oficjalne spotkanie w tej sprawie miało miejsce zaledwie miesiąc przed moją wizytą w Nowym Monasterzysku.
"W połowie listopada 2009 w tym miejscu, które wyglądało zupełnie inaczej , odbyło się spotkanie władz gminy i mieszkańców Monasterzyska. Obie strony złożyły deklaracje przyczynienia się do zmiany wyglądu pomieszczenia: Pan Burmistrz zadeklarował wkład pieniężny , mieszkańcy – prace swoich rąk oraz zaskórniaki ze swoich portfeli."
Podczas mojej grudniowej rozmowy z przedstawicielkami Stowarzyszenia usłyszałam, że zamknięcie wstępnego etapu remontu i otwarcie świetlicy planowane jest na przełom stycznia i lutego. Dziś muszę przyznać, że w Nowym Monasterzysku dotrzymują terminów. :)
Już na zimowe ferie świetlica została udostępniona dzieciom i młodzieży. Były spotkania z animatorem Elbląskiego Stowarzyszenia Wspierania Inicjatyw Pozarządowych oraz próby do koncertu organizowanego z okazji otwarcia Świetlicy. Wcześniej, bo już od połowy grudnia dzieci ćwiczyły w domach prywatnych. że same przygotowały choreografię tanecznego pokazu.
06.02.2010r. świetlica została oficjalnie otwarta. W pierwszy weekend lutego odbył się również koncert dla babć i dziadków (5 lutego) oraz koncert dla mieszkańców i przyjaciół (7 lutego).
Miałam być na otwarciu, ale niestety nie mogłam dojechać, więc chociaż tą drogą przesyłam szczere gratulacje i życzenia dalszego rozwoju. Dziękuję też za wszystkie maile i maile informacje, które docierały do mnie w międzyczasie. To miłe, gdy dziennikarska przygoda nie kończy się z chwilą opublikowania artykułu.
Więcej informacji o Stowarzyszeniu i mieszkańcach Nowego Monasterzyska pod adresem: http://www.monasterzysko.ngo.org.pl/_/. Tam też można zobaczyć, jak świetlica wyglądała wcześniej i jak prezentuje się obecnie.
Na zdjęciu próba w świetlicy. Źródło: http://www.monasterzysko.ngo.org.pl/_/strona/Koncert__Tacy_jestesmy_2010.htm
* wszystkie cytaty pochodzą z przekazanej informacji, którą przekazała mi mailowo pani Teresa Miszkiewicz- Florczyk ze Stowarzyszenie Mieszkańców i Przyjaciół Wsi - Nowe Monasterzysko.

środa, 10 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 20. Rozmowa i filcowanie

Kilka dni temu pisałam o mocy rozmowy. Dziś chciałabym wrócić do jednego z poruszonych w tym odcinku wątków. Otóż młodzież nie tylko stawiła się na spotkanie i podjęła rozmowę, ale również wykonała pokrowce na komórki z filcowanej wełny podczas warsztatów w... Klubie Seniora. Tak więc przy okazji  nastąpiła integracja międzypokoleniowa. Na  zajęcia zgarnęła chłopaków Marzenka - człowiek o wybitnym talencie społeczno-animacyjnym. Marzenka prowadzi Świetlicę w sąsiedniej miejscowości i raz w tygodniu przyjeżdża uczyć naszych seniorów rękodzieła. Była zachwycona współpracą z młodzieńcami.
Po warsztatach zaprosiłyśmy z Moniką chętnych do sali zwanej kawiarenką. Skłamałabym mówiąc, że zaskoczyli nas ilością pomysłów i propozycji, ale muszę przyznać, że dało się z nimi porozumieć. Co najważniejsze byli skłonni przyjąć również nasze argumenty i wspólnie szukać rozwiązań. Zastanawiali się jak naprawić dotychczasowe szkody.
Obiecałyśmy z Moniką przekazać ich propozycje pani dyrektor (jest w tej chwili na urlopie) i zaproponowałyśmy, że zorganizujemy z nią spotkanie, na które powinni wybrać kilkuosobową reprezentację. Najpierw trochę ich wystraszyła ta perspektywa, ale potem zaczęli się do niej skłaniać. Zobaczymy, co wydarzy się dalej. 
Ciąg dalszy, jak sadzę, nastąpi.       

poniedziałek, 8 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 19. Wstęp do nieskończoności

Fakt "dość intensywnego bytowania" w wirtualnym świecie związany był m. in. z tworzeniem nowej podstrony mojej www.suwalska.info. Zakładka poświęcona jest nieskończoności. Łatwo więc zrozumieć problemy z ukończeniem przedsięwzięcia. Dlatego zamiast publikować całość zdecydowałam się na pokazanie "wstępu". Składa się nań: podstrona poświęcona dziennikarstwu i Dział Sztuk Nieobecnych, w którym opisywać będę nieistniejące zjawiska w kulturze i sztuce (na razie artykuł o autorce filmów animowanych realizowanych w technice żelatyny). 
Mój mąż, który jest autorem  koncepcji graficznej  ozdobił  "wstęp" bazgrołkami, które wychodzą spod mojej ręki, gdy nie mam pojęcia, że rysuję (podobnie jest zresztą  z główną-niebieską stroną). Zaczynam podejrzewać, że lubi te chwile, w których nie wiem, co robię ;)
Tu muszę przyznać, że przedłużające się prace nad stroną na tyle mnie znękały, że w tej chwili sama już nie jestem pewna, co na niej powypisywałam. Dlatego będę wdzięczna wszystkim wytykaczom błędów, konstruktywnym krytykantom i tropicielom literówek. Pochwały też mężnie zniosę ;)     

niedziela, 7 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 18. Rozmowy

Mój wewnętrzny narrator zamilkł. Przerzucił się na komunikację niewerbalną. Za to narrator zewnętrzny nadzwyczaj się uaktywnił, więc zamiast prowadzić wewnętrzne monologi - rozmawiam. I mam w tej dziedzinie pewne osiągnięcia. Miło było usłyszeć od pani, z którą robiłam wywiad, że całkiem zapomniała o włączonym dyktafonie. Jednak najbardziej niezwykłe zdarzenie miało miejsce w piątek wieczorem. Zaczęło się od tego, że w moim Ośrodku Kultury zaczęli gromadzić się młodzi ludzie. To w ostatnich czasach częste zjawisko - bywało niestety, że kończyło się wizytą policji. Tym razem wyszłam do nich i zaczęłam rozmowę. Po chwili dołączyła do mnie koleżanka z pracy - Monika. Nie próbowałam ich podejść, przechytrzyć, zawstydzić, skumplować się z nimi... Opisałam to wszystko, co działo się ostatnio nie próbując dochodzić, kto jest sprawcą, wyjaśniałam jakie to mogło mieć konsekwencje. Mówiłam o swoich oczekiwaniach i pytałam o ich oczekiwania.  Przekazywałam swoje uczucia i myśli. Nie dość, że do końca dnia zachowywali się spokojnie, to jeszcze z własnej woli oddali kule od bilardu. Prawdę mówiąc nawet nie miałyśmy z Moniką pojęcia, że je zwinęli. Byłam zaskoczona sama sobą i zaskoczona nimi, a przed wszystkim zaskoczona mocą i znaczeniem rozmowy. Umówiliśmy się na kolejną na wtorek. Zobaczymy, jak sprawa się rozwinie. Wiem, że to zaledwie pierwszy krok do porozumienia, ale i tak się cieszę, bo choć prawie ich nie znam, zależy mi na nich i wiem, że to taki moment w ich życiu, który może zaważyć na całej ich przyszłości.
Było też parę rozmów o bardziej rozrywkowym charakterze. W wyniku jednej z nich dowiedziałam się o "stosunkowo legalnej" ;) metodzie ściągania plików z netu, w wyniku innej wymyśliłam gumofilce na obcasach. Sporo z nich można by żywcem przenieść do scenariusza. Tak, mam ostatnio wiele radości z rozmów. I wygląda na to, że po dość intensywnym okresie bytowania w sieci zaczynam powracać na łono realu (a już się bałam, że popadam  w jakieś net-uzależnienie). To bardzo fajnie, tylko jak teraz będę pisać bloga bez mojego wewnętrznego narratora?!
      

wtorek, 2 lutego 2010

Sezon 1, odcinek 17. Złóż zamówienie!

Muszę przyznać, że mam pewien problem z blogiem. Polega on na rosnącej liczbie nienapisanych postów. Mój wewnętrzny narrator nadaje bezustannie. Stosuje rozmaite konwencje i style. To uderza w ton poetycki, to znów ironizuje. Raz opowiada w pierwszej, innym razem w trzeciej osobie. Za to ostatnie szczególnie jestem mu wdzięczna, gdyż taka trzecioosobowa narracja pozwala spojrzeć na sprawy z dystansem. A przy tym stanowi odstępstwo od wszechobecnej na blogach pierwszoosobowej normy – więc i dla Czytelnika byłoby ciekawie gdybym nadążała to wszystko spisywać. Ale nie nadążam. Zamiast „ścigać się” z wewnętrznym narratorem postanowiłam spisać w punktach nienapisane posty. A Ty, Czytelniku – wybieraj. Spróbuję rozwinąć zamówiony temat w odcinek.

Zatem.. nie napisałam:

1) o błędzie motorniczego, który stał się dla pewnej pary impulsem do spełnienia najskrytszych marzeń;
2) o imprezie urodzinowej mojej przyjaciółki, podczas której usłyszałam, że wyglądam jak anioł i  poznałam dwóch uroczych psychoanalityków, którzy po godzinach trudnią się poszukiwaniem skarbów, a poziom trzeźwości współimprezowiczów sprawdzają zadając pytanie: „Ilu Freudów widzisz?”
3) o tym jak na tejże imprezie pewna wróżka powróżyła mi z książki, a potem ja zrewanżowałam się jej tym samym, przy czym nie chciałam, żeby to była wróżba z „Autyzmu”, więc ostatecznie wróżyłyśmy sobie z „Bajek”- gospodyni jest psychologiem i pisarka zarazem (pisuje m.in. książki dla dzieci) stąd specyficzna zawartość jej biblioteki
4) o niezwykłej relacji z podróży do Mongolii,
5) o pewnej osobie, której skradziono portfel, co potraktowała za niezbyt miłe zwieńczenie niezbyt udanego roku, w związku z tym postanowiła podsumować ten rok przypominając sobie wyłącznie to, co było w nim dobre;
6) o małżeństwie (najlepsza ze znanych mi par), które nie lubi się kłócić, ale czasem kłoci się z rozsądku i dla dobra związku;
7)o wyższości breloczeka-świnki (symbol skrzywdzonych i poniżonych) nad breloczkiem czterolistną koniczynką;
8) o podstępnie rozwijającym się internetowy nałogu i literackim pogotowiu ratunkowym;
9) o najnowszym filmie Jarmuscha w kontekście wystawy Jacka Malczewskiego;
10) o fotografiach, które przekształcają się w symbole i symbolach, które zmieniają życie;
11) o moich urodzinach, które spędziłam na zapoznawaniu się ze strategią edukacji kulturalnej w Warszawie, a także doświadczaniu miłości bliskich mi osób;

Ciąg dalszy spisu nienapisanych postów wkrótce!

P.S. Zdaje się, że wymyśliłam nowy typ terapii literackiej na moją www.terapię – terapię poprzez zmianę typu narracji z pierwszoosobowej na trzecioosobową i na odwrót.

P.S. Wszystkich, którzy twierdzą, że ten post przeczy poprzedniemu, który traktuje o wolności scenarzystów (w tym wolności od zamówień) odsyłam do pilota serialu, w którym zapowiadam totalny brak konsekwencji.