Wspaniała wiadomość! "Miłka i owczarek koroniasty" (Wydawnictwo Zielona Sowa, ilustracje Ewa Kownacka) otrzymały jedną z Nagród Głównych w XVIII edycji Konkursu "Świat Przyjazny Dziecku" organizowanego przez Komitet Ochrony Praw Dziecka.
Rok temu taką nagrodę otrzymała inna moja książka - "Poczet Królów i Książąt Polskich".
poniedziałek, 17 lutego 2020
środa, 8 stycznia 2020
Kilka zdań o Księżycowym Ptaku
Miło mi poinformować, że w grudniu zakończyłam pracę nad tekstem książki dla dzieci pod roboczym tytułem "Księżycowy Ptak". Powieść powstawała w ramach pięciomiesięcznego stypendium twórczego z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To była bardzo ciekawa przygoda pod względem twórczym, emocjonalnym i poznawcza.
Etap dokumentacji pozwolił mi zapoznać się z kilkoma niezmiernie interesującymi pozycjami, wśród których chciałabym wyróżnić książki "Introwertyzm to zaleta" Marti Olsen Laney oraz "Dziecko Orchidea czy
mlecz. Jak wspierać wrażliwe dzieci" Dr W. Thomasa Boyce, ponieważ pozwoliły mi spojrzeć na młodych czytelników (a również na siebie) z nieco innej niż dotychczas (czasem dość zaskakującej) perspektywy. Wielu wrażeń dostarczyła rozmowa na temat wymyślonych przyjaciół z psychologiem konsultującym prace nad moją książką. Niezwykłe (czasem bardzo zabawne) przykłady takich przyjaźni znalazłam również w internecie. Wartością dodaną było zdobycie fascynujących informacji na temat ptaków. Tych ziemskich. Choć... może nie do końca. Przy okazji dowiedziałam się, że w XVIII wieku wierzono, że ptaki odlatują zimą na Księżyc.
Nie mniej ciekawym doświadczeniem było towarzyszenie moim bohaterom (ludzkim i ptasim) w ich książkowych przygodach.
Cieszę się, że miałam okazję skonfrontować efekty swojej pracy z młodymi czytelnikami.
Liczę, że książka już wkrótce książka trafi na księgarskie półki."Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego"
poniedziałek, 6 stycznia 2020
Podsumowanie - rok 2019
Tradycyjnie, jak co
roku, zamieszczam podsumowanie minionych dwunastu miesięcy. To dobra
tradycja, choćby dlatego, że pod koniec roku pamiętam z niego
mniej niż faktycznie się wydarzyło, (zwłaszcza jeśli chodzi o
osiągnięcia) i takie odświeżenie pamięci zazwyczaj poprawia mi
humor. A rok 2019 był wyjątkowo bogaty w literackie wydarzenia,
przynajmniej jak na moje standardy.
PUBLIKACJE
Ukazały się trzy
premierowe książki (to chyba mój życiowy rekord). Dwa tomy z
nowej (i pierwszej w moim życiu) serii Wtajemniczeni: „Niewszystko złoto, co złote” i „Czarna Wołga. Tajemnica zprzeszłości” (Wydawnictwo Nasza Księgarnia, ilustracje Marta
Krzywicka). Wcześniej wystrzegałam się seryjnego pisania (może
niesłusznie). Trzecią książką jest „Miłka i owczarekkoroniasty” (ilustracje Ewa Kownacka, Wydawnictwo Zielona Sowa). To
pierwsza moja książka w tym wydawnictwie i wszystko wskazuje na to,
że nieostatnia.
Poza tym moje
opowiadania zostały opublikowane w Kwartalniku Literackim „Wyspa”
(tym razem był to tekst dla dorosłych) i w „Kosmosie dla
dziewczynek”, a opowiadanie pt. „Mamka”(o krowach) napisane w
ramach literacko-charytatywnego projektu Korabkowe Opowieści
(zachęcam do wspierania) przedrukowane w Magazynie Vege.
LAURY
Mój (i Diany
Karpowicz, wydany przez Zuzu Toys) „Poczet Królów i KsiążątPolskich” dostał główną nagrodę w Konkursie „Świat
Przyjazny Dziecku” Komitetu Ochrony Praw Dziecka (trochę laurów
już w moim życiu było, ale to pierwsza nagroda przyznana przez to
gremium).
Otrzymałam
pięciomiesięczne stypendium twórcze z budżetu Ministra Kultury iDziedzictwa Narodowego (również po raz pierwszy).
PISANIE
![]() |
| moja własna ilustracja do książki "Księżycowy Ptak" |
Napisałam dwie
książki (trzecią część serii Wtajemniczeni i powieść dla
dzieci pod roboczym tytułem „Księżycowy Ptak” w ramach
wspomnianego powyżej stypendium) i skończyłam pisać trzecią
(„Miłka i owczarek koroniasty”), opowiadanie (dla
„Kosmosu dla dziewczynek”) i baśń o fruwającej śwince.
JUBILEUSZE
W 2019 roku minęło
piętnaście lat od publikacji mojej pierwszej książki dla dzieci
(„Znowu kręcisz, Zuźka”, Wydawnictwo Nasza Księgarnia) i
trzydzieści od ukazania się debiutanckiego tomiku poetyckiego
(„Taniec”, OKO). A to nie wszystkie rocznice, kto ma chęć
dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej zapraszam tutaj.
Świętowałam (by użyć oksymoronu) pracując. Tak intensywnie, że
zabrakło mi czasu na wakacje. Dopiero w listopadzie wyjechałam na
kilkudniowe lenistwo (przerwane, nawiasem mówiąc, spotkaniem
autorskim).
MEDIA
Moja książka
„Miłka i owczarek koroniasty była czytana w Radiowej Jedynce a
„Czarną Wołgę. tajemnicę z przeszłości zapowiedział super
spot (do obejrzenia tutaj). Recenzje na temat moich książek
regularnie ukazywały się w różnych mediach. Brałam też udział
w audycjach radiowych - nie tylko jako autorka. Po raz pierwszy
wystąpiłam w audycji interwencyjnej (na temat tabliczek z zakazemdokarmiania zwierząt na warszawskim Rakowcu, usuniętych wreszcie po
kilku miesiącach). O rakowieckich kotach pewno tu jeszcze napiszę,
bo to nie koniec tej opowieści.
SPOTKANIA AUTORSKIE
![]() |
| fot. Marytka Czarnocka, spotkanie promujące "Miłkę i owczarka koroniastego" w księgarni BookBook przy ulicy Koszykowej |
Gdy zabierałam się
do pisania tego podsumowania wydawało mi się, że nie było ich
zbyt wiele (prawdę mówiąc nie bardzo miałam na nie czas), ale po
odświeżeniu pamięci okazało się, że trochę się jednak
pospotykałam. Brałam udział w Warszawskich Targach Książki.
Wyjechałam do Opola, Katowic, Olsztyna i Słobit. Miałam dwa
spotkania w Nadarzynie (w szkole i bibliotece) i jedno w Młochowie.
Promowałam dwie książki w Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i
Młodzieży Dzielnicy Mokotów. Uczestniczyłam w spotkaniach
promocyjnych w Empiku przy ulicy Marszałkowskiej w Warszawie i
księgarni BookBook przy ulicy Koszykowej (również w Warszawie).
Spotkałam się z czytelnikami w warszawskim Muzeum Literatury.
Wzięłam udział w organizowanej przez Okręg Warszawski SPP Nocy
Muzeów w Domu Literatury i Otwartych Ogrodach w Domu Seniora PAN w
Konstancinie Jeziorna. Wszystkie te spotkania bardzo miło wspominam,
a jeśli chcecie podejrzeć, co się na nich działo, zachęcam do
przejrzenia mojego Facebooka.
SKRZYDŁA i FRUWANIE
![]() |
| fruwająca świnka mojego autorstwa |
Wyjątkowo dużo
było w tym roku tematów związanych z lataniem, by przypomnieć
wspomnianą już tutaj książkę „Księżycowy Ptak”i bajkę o
fruwającej śwince. Poza tym w ramach swojej półetatowej pracy
przygotowywałam wystawę zdjęć ptaków, której wernisaż
zaplanowany jest na luty, a pod koniec roku robiłam korektę
autorską kolejnej „fruwającej” książki, która ma się ma się
ukazać w 2020. Ponadto przygotowywałam projekt edukacyjnej książki,
w której również sporo będzie o ptakach.
POEZJA
Więcej też było
poezji. W trzeciej części Wtajemniczonych pewien wiersz pełni
ważną, by nie powiedzieć kluczową rolę w detektywistycznej
intrydze. A i w „Księżycowym Ptaku” jest więcej poezji, niż w
moich wcześniejszych książkach dla dzieci. Napisałam też kilka,
a może nawet kilkanaście wierszo-notatek, które, mam nadzieję,
wkrótce przekształcą się w wiersze.
Przełomowi roku
2019 i 2020 towarzyszyły dwie książki: „Post-koine. Studia o
nieantropocentrycznych językach (poetyckich)” Anity Jarzyny oraz
Piotra Somera „O krok od nich. Przekłady z poetów amerykańskich”
(cudny gwiazdkowy prezent), co być może stanowi jakąś wróżbę
na Nowy Rok.
ZWIERZĘTA
![]() |
| okładka numeru Magazynu Vege z moim opowiadaniem |
Jak już pewno
zdążyliście się zorientować to ważny temat 2019 roku (w
rzeczywistości jeszcze ważniejszy, niż można by wywnioskować z
powyższych akapitów). Zwierzęce istoty pojawiają się we
wszystkich napisanych bądź opublikowanych w minionym roku tekstach.
W trzech utworach zamieściłam wątki związane z ich cierpieniem w
hodowlach (nie tylko przemysłowych). Temat ten pojawił się również
(po długim okresie „przymiarek”) w mojej półetatowej pracy. W
ramach prowadzonego przeze mnie cyklu Kino Nokowe zorganizowałam
pokaz filmu „Zjadanie zwierząt” i spotkanie z Dariuszem Gzyrą.
Poza tym zaczęłam zbierać materiały do artykułu na temat
wegańskich i wegetariańskich wątków w literaturze dla dzieci.
Dużo czytałam o zwierzętach, ich sytuacji, emocjach, historii,
języku jaki się o nim pisze (patrz jedna z książek wymienionych
powyżej)… Po dwudziestu sześciu latach wegetarianizmu i
trwających już od jakiegoś czasu przymiarkach zrezygnowałam z
produktów mlecznych i jajek. To wszystko to też chyba zapowiedź
zmian (a zarazem kontynuacji).
TEN PIERWSZY RAZ
Jak można wyczytać
powyżej, trochę tych pierwszorazowych sytuacji było, więc nie
będę się powtarzać. Odniosę się tylko do nie wymienionych
wcześniej wydarzeń z ostatnich tygodni. Po raz pierwszy Wigilia
odbyła się w moim domu, cy było dla mnie (osoby, która nigdy nie
czuła się komfortowo w sytuacji gospodyni) nadzwyczaj pozytywnym
doświadczeniem. A Nowy Rok (również pierwszy raz) witałam nad
morzem na plaży.
I CO JESZCZE?, CZYLI
PODZIĘKOWANIA
Być może owo „co
jeszcze” jest nawet najważniejsze. Miniony rok, choć w dużej
mierze również skupiony na kwestiach zdrowotnych, był pod tym
względem dużo spokojniejszy niż poprzedni, za co jestem ogromnie
wdzięczna.
O kłopotach,
nawiasem mówiąc z grubsza chyba ogarniętych, nie chcę dziś
pisać.
Chcę natomiast
utrwalić choć w kilku zdaniach unikalne (na przestrzeni wielu
ostatnich lat) doświadczenie - czas, który spędziłam w
swoim osobistym domu pracy twórczej i pisałam. I prawie nic
mnie w tym pisaniu nie rozpraszało. Maksymalna intensywność do
wewnątrz i maksymalne odbodźcowanie z zewnątrz. I jeszcze komfort
wynikający z pracy w ramach stypendium. Można by rzec raj dla
introwertyka-autora. Tekst na ekranie monitora, towarzystwo suczki
Dżimby, a często również psiego sąsiada Kajtusia. A w ramach
schładzania umysłu - słońce (choć to oczywisty oksymoron),
spacery, czytanie i rozpalanie w kuchni (bo jeść też trzeba). To
ostatnie bywało co prawda wkurzające, zwłaszcza, gdy coś poszło
nie tak i nawet psy uciekały z zadymionego domu. Ale ostatecznie
zawsze kończyło się sukcesem.
Nie był to może
czas bardzo długi, ale niezmiernie ważny.
Dziękuję moim
najbliższym (i nieco dalszym również) za to, że mi go podarowali.
I sobie samej też dziękuję, bo był to również dar od siebie dla siebie.
Dziękuję też za
cudowne zmęczenie podczas wchodzenia na Połoninę Caryńską (jak
to dobrze, że umieściłam tam akcję pisanej właśnie książki i
musiałam zrobić dokumentację).
A przede wszystkim
moim bliskim (i tym nieco dalszym też) za to, że są.
niedziela, 1 grudnia 2019
Wyjść z ukrycia
Odkąd HIV i AIDS przestały być tematem na pierwsze strony gazet, kultura właściwie o tym temacie zapomniała, a media przypominają sobie o sprawie przede wszystkim z okazji Światowego Dnia AIDS. Mogło by się wydawać, że to naturalne. Zakażenie HIV nie oznacza dziś wyroku, istnieją skuteczne leki, które pozwalają zakażonym osobom na normalne życie. A w sytuacji, gdy pod wpływem leczenia wirus jest niewykrywalny we krwi można nawet współżyć bez zabezpieczenia, nie obawiając się, że się go przekaże. Zdawałoby się więc, że temat wszedł w sferę normalności. Czyżby? Problem w tym, że zakażenie HIV wciąż wiąże się z wykluczeniem społecznym i trudem życia z tajemnicą. Wpływa to nie tylko na sytuację społeczno-emocjonalną osób żyjących z HIV, lecz również na to, że mimo rozwoju medycyny ludzie wciąż umierają na AIDS z powodu zbyt późnej diagnozy. Stereotypy, tabu, zadawnione lęki i uprzedzenia, myślenie, że mnie to nie dotyczy sprawiają, że wciąż większość z nas się nie testuje. Nawet kobiety w ciąży, choć według mnie w tej sytuacji przynajmniej propozycja testu powinna być standardem ze strony lekarza, bo może to uchronić dziecko przed zakażeniem.
"Czarne Jeziora" opowiadają historię nastolatki od urodzenia żyjącej z HIV. Wcześniej przeprowadziłam wywiad dla portalu ngo.pl z Dominiką Soćko ze Społecznego Komitetu ds. AIDS (SKA): https://publicystyka.ngo.pl/wyjsc-z-ukrycia. Na tyle mnie on poruszył, że postanowiłam napisać książkę.
Marzy mi się sytuacja, w której Magda (bohaterka mojej książki) i każda inna osoba, mogłaby mówić o swoim zakażeniu, w taki sposób, w jaki robią to inni chorzy na choroby przewlekłe (np. na cukrzycę). Dopiero wówczas będzie można mówić o normalności. Co nie oznacza oczywiście, że można będzie wówczas zapomnieć o edukacji.
P.S. Więcej o powstawaniu "Czarnych Jezior" i moich motywacjach przeczytacie tutaj, we wpisie, który powstał wkrótce po ukazaniu się książki: http://suwalska.blogspot.com/2016/10/czarne-jeziora.html
P.S. Więcej o powstawaniu "Czarnych Jezior" i moich motywacjach przeczytacie tutaj, we wpisie, który powstał wkrótce po ukazaniu się książki: http://suwalska.blogspot.com/2016/10/czarne-jeziora.html
sobota, 30 listopada 2019
Księżycowy ptak w Słobitach
Zwykle na spotkaniach autorskich opowiadam o książkach, które już się ukazały. Ostatnio zdarza się jednak, że wprowadzam dzieci w świat książki, która właśnie powstaje, a konkretnie "Księżycowego Ptaka". Zależy mi bowiem, by poznać reakcje młodych czytelników na fragmenty pisanego przeze mnie tekstu. Tak było np. w Szkole Podstawowej w Słobitach. Przeczytany początek powieści uruchomił mnóstwo twórczej energii. Dzieci miały masę niesamowitych pomysłów, jak mogłyby się potoczyć dalsze losy znalezionego w lesie niewidzialnego jajka.
Nad książką pod roboczym tytułem "Księżycowy Ptak" pracuję w ramach stypendium twórczego z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Nad książką pod roboczym tytułem "Księżycowy Ptak" pracuję w ramach stypendium twórczego z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
wtorek, 5 listopada 2019
Podwójne urodziny
Niedawno odkryłam (a częściowo zwrócono mi na to uwagę), że w roku 2019 obchodzę podwójne literackie urodziny. Trzydzieści lat temu ukazała się moja pierwsza książka, czy raczej książeczka, bo chodzi o skromy, szesnastostronicowy, powielany na ksero tomik poetycki (taka była wówczas technologia tworzenia niszowych publikacji). A przed piętnastu laty opublikowałam pierwszą książkę dla dzieci.
Trochę późna to konstatacja, zważywszy, że rok się kończy, ale lepiej późno, niż wcale. Może jeszcze zdołam wymyślić coś fajnego, żeby uczcić te podwójne "urodziny".
O tomiku sprzed trzydziestu lat zatytułowanym "Taniec" przeczytacie tutaj: http://suwalska.info/taniec.html. A pierwsza książka dla dzieci ("Znowu kręcisz, Zuźka") miała przez ten czas sporo wcieleń, o czym możecie przeczytać m.in. tutaj: http://suwalska.blogspot.com/2018/02/znowu-krecisz-zuzka-piata-odsona.html i tutaj: http://suwalska.blogspot.com/2011/04/sezon-2-odcinek-19-hiszpanska-zuzka.html (wpis z 2011 r., więc trochę nieaktualny, ale opowiada historię powstania książki).
Rok 2019 w ogóle obfituje w rocznice. Dwadzieścia lat skończył Nadarzyński Ośrodek Kultury, z którym przez cały ten czas nieprzerwanie, choć na różnych zasadach współpracuję (to w skali lokalnej i prywatno-zawodowej), a w skali ogólnopolskiej to oczywiście trzydziesta rocznica ważnych wydarzeń w historii powojennej Polski. Co ciekawe o niektórych z nich napisałam w opublikowanej w tym roku drugiej części serii "Wtajemniczeni" (taka koincydencja). W tym roku minęło również trzydzieści lat od powstania Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, do którego należę.
Trochę późna to konstatacja, zważywszy, że rok się kończy, ale lepiej późno, niż wcale. Może jeszcze zdołam wymyślić coś fajnego, żeby uczcić te podwójne "urodziny".
O tomiku sprzed trzydziestu lat zatytułowanym "Taniec" przeczytacie tutaj: http://suwalska.info/taniec.html. A pierwsza książka dla dzieci ("Znowu kręcisz, Zuźka") miała przez ten czas sporo wcieleń, o czym możecie przeczytać m.in. tutaj: http://suwalska.blogspot.com/2018/02/znowu-krecisz-zuzka-piata-odsona.html i tutaj: http://suwalska.blogspot.com/2011/04/sezon-2-odcinek-19-hiszpanska-zuzka.html (wpis z 2011 r., więc trochę nieaktualny, ale opowiada historię powstania książki).
Rok 2019 w ogóle obfituje w rocznice. Dwadzieścia lat skończył Nadarzyński Ośrodek Kultury, z którym przez cały ten czas nieprzerwanie, choć na różnych zasadach współpracuję (to w skali lokalnej i prywatno-zawodowej), a w skali ogólnopolskiej to oczywiście trzydziesta rocznica ważnych wydarzeń w historii powojennej Polski. Co ciekawe o niektórych z nich napisałam w opublikowanej w tym roku drugiej części serii "Wtajemniczeni" (taka koincydencja). W tym roku minęło również trzydzieści lat od powstania Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, do którego należę.
poniedziałek, 4 listopada 2019
Moje opowiadanie w Magazynie Vege
Moje opowiadanie w Magazynie Vege w w ramach w ramach cyklu związanego z projektem Korabkowe Opowieści.
To znakomita okazja, by przypomnieć to literacko-charytatywne przedsięwzięcie i zachęcić do wpłat na rzecz schroniska w Korabiewicach. Wystarczy wejść na stronę projektu i skorzystać z linku pod opowiadaniem.
niedziela, 3 listopada 2019
Z Księżycem...
Z
Księżycem faktycznie
działo
się
coś dziwnego. Dwa z jego
kraterów zamieniły
się w oczy. A
jedno z mórz w usta.
Po
chwili tajemniczy
srebrny glob wyglądał jak uśmiechnięty i dobroduszny księżyc
ilustracji w książce
dla dzieci.
–
Synku!
Pora wstawać! –
zawołał
Księżyc,
a
jego srebrne oblicze przybrało
wyraz zatroskania i przemieniło
w twarz taty.
(fragment powstającej książki)
Nad książką pod roboczym tytułem "Księżycowy Ptak" pracuję w ramach
stypendium twórczego z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa
Narodowego.
sobota, 2 listopada 2019
...
Zdjęcie zrobione na cmentarzu w Iwoniczu. Podczas wyjazdów na spotkania
autorskie staram się w miarę możliwości zobaczyć coś w okolicy.
Nierzadko bywają to stare cmentarze. Jednak to zdjęcie zostało zrobione w
ramach dokumentacji do trzeciej części serii Wtajemniczeni, w której
sporo będzie o cmentarzach.
czwartek, 31 października 2019
A dokądże mogą te stworzenia się udać, jeśli nie na Księżyc?
![]() |
| https://bukowylas.pl/ksiazki/cala-prawda-o-zwierzetach |
"Bociany, gdy się rozmnożą, a młode w pełni opierzą... wszystkie razem odlatują jednym kluczem... najpierw blisko Ziemi, a potem wyżej... aż w końcu ta wielka chmara... robi się coraz mniej widoczna w oddali, by całkowicie zniknąć" - rozwodził się Morton, po czym przeszedł do sedna: "A dokądże mogą te stworzenia się udać, jeśli nie na Księżyc?" (...) "Przed odlotem ich radość zdaje się zdradzać, że mają jakiś szlachetny zamiar" - może, by odważnie udać się tam, gdzie nie był przedtem żaden ptak, czyli "wznieść się ponad atmosferę, pospieszyć i odlecieć do innego świata".
Jego osobliwa hipoteza była odbiciem czasów. W XVII wieku Księżyc fascynował naukowców. Używając jednego z pierwszych teleskopów, Galileusz odkrył, że jego powierzchnia nie jest gładka jak marmur, lecz poznaczona górami i dolinami, jak na Ziemi. (...) W oczach Mortona Księżyc nie przypominał martwej skalnej bryły, był za to nęcącym celem zimowych wojaży.
Idea migracji kosmicznych cieszyła się szerszym wsparciem, a jej rzecznicy spierali się w korespondencji z Towarzystwem Królewskim o to, które ciało niebieskie jest najbardziej prawdopodobnym lądowiskiem ptaków.
W książce jest również mowa o wielu innych oryginalnych koncepcjach dotyczących tego, co się z ptakami dzieje, kiedy znikają na zimę. Gorąco zachęcam do czytania w ten późnojesienny (choć może tego nie widać) czas.
piątek, 11 października 2019
"Czarna wołga. Tajemnica z przeszłości" i "Miłka i owczarek koroniasty" - dwie jesienne premiery
To niesamowite, że te dwie książki ukazały się nieomal w tym samym czasie. Mimo wszelkich (widocznych już na pierwszy rzut oka) różnic jest coś, co je łączy. W obu inspirowałam się zabawami z dzieciństwa (o ile metamorfozę kundelka w psa niezwykle rzadkiej rasy można nazwać zabawą). Na rysunku z końca lat 70. (mojego autorstwa) sportretowany jest Smyk II, kundelek mojej przyjaciółki Magdy, którego pewnego dnia uczyniłyśmy owczarkiem koroniastym. W jaki sposób tego dokonałyśmy - nie zdradzę. Żeby się tego dowiedzieć, trzeba przeczytać książkę.
Na zdjęciu również Smyk, ze mną na spacerze. W tle Górka Szczęśliwicka opisywana w "Czarnej Wołdze. Tajemnicy z przeszłości" (więcej o inspiracjach do tej książki tutaj). W "Czarnej Wołdze" dużo piszę o latach 70. Patrząc na ten nieco osobliwy wpis do pamiętnika (takie wpisy do pamiętnika też chyba już odeszły do przeszłości, przypomniałam sobie ułożony przez nas (mnie i Magdę) wierszyk dotyczący Smyka: "Smynio śliczny, zagraniczny". Mówi on sporo nie tylko o naszym zachwycie pieskiem, lecz również o tamtych czasach, ich siermiężności, zapatrzeniu w zachodnie dobra... Dziś często szukamy na półkach polskich produktów, a to co zagraniczne niekoniecznie znaczy dla nas lepsze. Dziś pewno nie zamieniałabym kundelka w przedstawiciela tzw. psiej arystokracji (wielorasowce są cudowne i fajnie by było, gdyby moda na adopcje bardziej się rozpowszechniła), a zamiast słowa "pani" w dedykacji wpisanej rzekomo smyniową łapą użyłabym pewno opiekunka.
Nie zmienia to faktu, że spoglądam na te dwie kartki z pamiętnika z ogromnym sentymentem.
Na zdjęciu również Smyk, ze mną na spacerze. W tle Górka Szczęśliwicka opisywana w "Czarnej Wołdze. Tajemnicy z przeszłości" (więcej o inspiracjach do tej książki tutaj). W "Czarnej Wołdze" dużo piszę o latach 70. Patrząc na ten nieco osobliwy wpis do pamiętnika (takie wpisy do pamiętnika też chyba już odeszły do przeszłości, przypomniałam sobie ułożony przez nas (mnie i Magdę) wierszyk dotyczący Smyka: "Smynio śliczny, zagraniczny". Mówi on sporo nie tylko o naszym zachwycie pieskiem, lecz również o tamtych czasach, ich siermiężności, zapatrzeniu w zachodnie dobra... Dziś często szukamy na półkach polskich produktów, a to co zagraniczne niekoniecznie znaczy dla nas lepsze. Dziś pewno nie zamieniałabym kundelka w przedstawiciela tzw. psiej arystokracji (wielorasowce są cudowne i fajnie by było, gdyby moda na adopcje bardziej się rozpowszechniła), a zamiast słowa "pani" w dedykacji wpisanej rzekomo smyniową łapą użyłabym pewno opiekunka.
Nie zmienia to faktu, że spoglądam na te dwie kartki z pamiętnika z ogromnym sentymentem.
czwartek, 10 października 2019
Czarna wołga i zabawy z dzieciństwa
Inspiracją do wielu opisanych w książce zabaw z przeszłości były moje własne dziecięce zabawy. Nie mogę się więc powstrzymać przed zacytowaniem fragmentów mojego dziennika, kiedy to z perspektywy nastolatki przyglądam się swojemu dzieciństwu. Zapiski pochodzą z 17 VII 1982 r., ale dotyczą lat 70.
(...) powolny tryb życia w G. sprawił, zaczęłam oglądać się za siebie, patrzeć kim byłam kiedyś. Ostatnio taka byłam zajęta sobą w teraźniejszości, że rzadko wspominałam. (...) wymyślałyśmy z A. różne niesamowite zabawy. Za coś najważniejszego i najpiękniejszego w życiu uważałam swoją krainę marzeń i trudno mi było przewidzieć, że kiedyś będzie coś ważniejszego.
Pamiętam „Piaski”, była to mała kupka piasku przy ulicy, ulubione miejsce naszych zabaw (...) Bawiłyśmy się np. w psy albo w lwie antylopy i historię pewnej lwicy, królowej lwich antylop, która podstępem wykradła pierścień poprzedniej królowej. Lwie antylopy to mieszańce lwów i antylop, posiadały i ostre kły, i mocne nogi, i pazury, i kopyta. Samice niewiele różniły się od zwykłych antylop, samce natomiast miały wspaniałe, puszyste lwie grzywy. Zabawa ta posiadała wiele wątków i niezwykle rozwiniętą fabułę. Bawiąc się w to "zagryzałyśmy się" na "Piaskach", ganiałyśmy po „Równinie”, "ryczałyśmy" w domu.
„Równina”, kochana „Psia Równina”. Nasz raj. Była to łączka porośnięta wysoką trawą, w niektórych miejscach wysokie drzewa tworzyły piękne skupiska. Psia – dlatego, że panowie i panie wyprowadzali tam swoje psy na spacerki. Bawiłam się tam z M. lub A. w konie, psy, ptaki. Założyłam Klub Drzewołazów, w skład którego wchodziłam ja, A. i Paweł [mój brat]. Byłam wodzem (najlepiej łaziłam po drzewach) i nosiłam pseudonim Kot. Wszystko odbyło się zupełnie naturalnie, po prostu A., pewnego dnia, z szacunku dla moich umiejętności nazwała mnie Kotem i tak już zostało. Łaziliśmy po drzewach (byłam na każdym drzewie w okolicy i zawsze pierwsza zdobywałam te najtrudniejsze (...), jedliśmy czereśnie, jabłka i zbieraliśmy „bursztyny”, czyli kawałki żywicy. Byłam posiadaczką największej i najciekawszej kolekcji, mam ją do dzisiaj.
Z M. zawsze zwalczałyśmy wszelkie zło (...) opiekowałyśmy się bezdomnymi psami i kotami. (...) Wciąż gdzieś ganiałyśmy, znałyśmy każdego psa w okolicy i ciągle przeżywałyśmy rożne straszne i niesamowite przygody. Biłyśmy się z chłopakami i robiłyśmy wiele, wiele innych bardzo ciekawych rzeczy.
Co to była za przyjaźń?! Zaczęłyśmy się przyjaźnić, gdy ja miałam 6, a ona 5 lat i przyjaźń nasza, mimo licznych kłótni trwała cały czas. M. przeprowadziła się na Pragę w czasie wakacji, gdy zdała do 7 klasy.
Pamiętam jak pisałyśmy opowiadania o psach, wymyślałyśmy powieści fantastyczno-naukowe. Obie maiłyśmy wiele wspólnych cech. Kochałyśmy zwierzęta, lubiłyśmy pisać i uwielbiałyśmy przygody.
Opiszę jeszcze „Tajemniczą wyspę”, był to skrawek ziemi porosły niezwykłym gąszczem drzew i krzewów, na wyspie tej byli „ludożercy”, cudowne czereśnie i „bursztyny”. Ludożercami nazywałyśmy pijaków, którzy bardzo lubili odwiedzać ten niezwykły zakątek. Uwielbiałyśmy tam chodzić z A., „Wyspa” była naprawdę tajemnicza i co krok zaskakiwało nas coś nowego.
Gdy mając 6 lat przeprowadziłam się do mojego obecnego mieszkania, poznałam M. i obie zakochałyśmy się w tym samym chłopaku. Naszą „pierwszą miłością” był... D. Tak, właśnie on. (...)
D. to przezwisko wymyślone przez nas, jak widać świetnie się przyjęło.
Zapomniałam napisać, że na piaskach był maleńki cmentarzyk, pochowałyśmy tam mojego chomika Kubusia, myszkę i wróbelka i opiekowałyśmy się tymi grobami.
Sekrety – nie wiem, co to była za moda, kopało się dołek, układało rożne kwiatki i złotka i przykrywało szkiełkiem, tak że powstawał tzw. „widoczek” albo „sekret”. Następnie zasypywało się to ziemią i dokładnie maskowało. Miejsce umieszczenia sekretu było wielką tajemnicą, pokazywało się je tylko największym przyjaciółkom. Cudze sekrety namiętnie szukano i niszczono.
To nawet ładnie wyglądało, gdy się potarło szkiełko palcem, można było zobaczyć śliczną kompozycję z rumianków i płatków róż.
Dziwna to była zabawa, ale bardzo fajna.
P.S. Kolekcję "bursztynów", choć nieco zdekompletowaną mam do dziś. Dziś już nie pachnie żywicą tylko... kuchnią, bo przez wiele lat stała na kuchennej belce wchłaniając zapachy. Przyniosłam ją w słoiku na spotkania autorskie promujące książkę :) Wzbudziła spore zainteresowanie. Poniżej kilka okazów.
wtorek, 8 października 2019
I co ja bym wtedy czuła?
W drodze do domu zaczęłam się zastanawiać nad sprawami, o których jeszcze nigdy w życiu nie myślałam. Na przykład, co by było, gdybym naprawdę była lesbijką. Co powiedzieliby na to mama, tata, wszystkie babcie, ciocie, wujkowie, a przede wszystkim jak by się rozwinęła sytuacja w klasie? Czy nadal by mnie lubili? A jeśli nie? Nawet teraz z trudem przyszło mi zdobycie ich sympatii. A co dopiero w takiej sytuacji. I co ja bym wtedy czuła? Czy próbowałabym udawać, że wcale nie jestem lesbijką, żeby mieć święty spokój? Jakie to musi być okropne – wciąż udawać, wciąż się pilnować! Dziewczyny przechwalałyby się swoimi podbojami miłosnymi, a ja co?! I co bym zrobiła, gdyby spodobała mi się jakaś dziewczyna? Już to, że podoba mi się chłopak, jest wystarczająco trudne. Wciąż się obawiam, że to bez wzajemności, że on mnie nie lubi, że będzie się śmiał itp. A w przypadku dziewczyny to byłaby podwójna trudność, by nie powiedzieć – trudność do potęgi. I czy w ogóle w naszej szkole jest dziewczyna, która mogłaby się we mnie zakochać (to znaczy, gdybym naprawdę była lesbijką)? A jeśli nawet jest, to skąd wiadomo, czy nie udaje, że podobają jej się chłopaki, żeby się nie wyróżniać? I jakie to uczucie być innym niż wszyscy dookoła?
(fragment książki "Piegowate niebo", Nasza Księgarnia, 2014)
W czasach, gdy ratowaniem świata zajmują się dziewczynki (i chwała im za to, podobnie wszystkim innym, którzy również próbują się zatroszczyć o naszą planetę) postanowiłam przypomnieć fragment mojej wydanej przed pięciu laty książki, ponieważ już od dłuższego czasu czuję, że powinnam jakoś zareagować na to, co od pewnego czasu słyszy się na temat osób LGBT. Przemówiłam słowami mojej nastoletniej bohaterki, bo być może wystarczyłaby odrobina empatii, głowa wolna od uprzedzeń i taka może nawet nieco naiwna refleksja, by wczuć się w to jak mogą czuć się w tej sytuacji osoby nieheteronormatywne, zwłaszcza nastolatki. I bez tej nagonki było im trudno, trudno mi sobie wręcz wyobrazić, co czują teraz.
Jako osoba heteroseksualna zastanawiam się, jak bym się czuła, gdyby ktoś mi powiedział: możesz robić co chcesz, ale we własnym domu, ja ci pod kołdrę nie zaglądam, ale nie afiszuj się. Gdybym musiała powściągać okazywanie uczuć w miejscach publicznych – i nie chodzi mi o jakieś seksualne akcje, ale zwykłe odruchy bliskości typu wzięcie za rękę, przytulenie – bo groziłby mi za to ostracyzm społeczny, więcej, mogłabym z tego powodu dostać łomot. Gdyby umieszczone w miejscu publicznym zdjęcie trzymających się za ręce kobiety i mężczyzny uważano za agresywne promowanie orientacji seksualnej, krzewienie szkodliwej ideologi. Gdybym nie mogła zawrzeć z najbliższą mi osobą legalnego związku, bo przecież – jak usłyszałam niedawno w radiu od pewnego polityka, jako propozycję dla gejów i lesbijek – można przecież zawrzeć spółkę cywilną. Czy wtedy miałabym poczucie, że jestem równouprawniona, że mam takie same prawa, jak inni?
Jako obywatelka zastanawiam się, kto weźmie odpowiedzialność za kampanię, która została rozpętana wobec, by nie powiedzieć przeciw, osobom LGBT, jeśli naprawdę stanie się coś strasznego? A było już blisko biorąc pod uwagę choćby planowany zamach bombowy podczas marszu Równości w Lublinie.
(fragment książki "Piegowate niebo", Nasza Księgarnia, 2014)
W czasach, gdy ratowaniem świata zajmują się dziewczynki (i chwała im za to, podobnie wszystkim innym, którzy również próbują się zatroszczyć o naszą planetę) postanowiłam przypomnieć fragment mojej wydanej przed pięciu laty książki, ponieważ już od dłuższego czasu czuję, że powinnam jakoś zareagować na to, co od pewnego czasu słyszy się na temat osób LGBT. Przemówiłam słowami mojej nastoletniej bohaterki, bo być może wystarczyłaby odrobina empatii, głowa wolna od uprzedzeń i taka może nawet nieco naiwna refleksja, by wczuć się w to jak mogą czuć się w tej sytuacji osoby nieheteronormatywne, zwłaszcza nastolatki. I bez tej nagonki było im trudno, trudno mi sobie wręcz wyobrazić, co czują teraz.
Jako osoba heteroseksualna zastanawiam się, jak bym się czuła, gdyby ktoś mi powiedział: możesz robić co chcesz, ale we własnym domu, ja ci pod kołdrę nie zaglądam, ale nie afiszuj się. Gdybym musiała powściągać okazywanie uczuć w miejscach publicznych – i nie chodzi mi o jakieś seksualne akcje, ale zwykłe odruchy bliskości typu wzięcie za rękę, przytulenie – bo groziłby mi za to ostracyzm społeczny, więcej, mogłabym z tego powodu dostać łomot. Gdyby umieszczone w miejscu publicznym zdjęcie trzymających się za ręce kobiety i mężczyzny uważano za agresywne promowanie orientacji seksualnej, krzewienie szkodliwej ideologi. Gdybym nie mogła zawrzeć z najbliższą mi osobą legalnego związku, bo przecież – jak usłyszałam niedawno w radiu od pewnego polityka, jako propozycję dla gejów i lesbijek – można przecież zawrzeć spółkę cywilną. Czy wtedy miałabym poczucie, że jestem równouprawniona, że mam takie same prawa, jak inni?
Jako obywatelka zastanawiam się, kto weźmie odpowiedzialność za kampanię, która została rozpętana wobec, by nie powiedzieć przeciw, osobom LGBT, jeśli naprawdę stanie się coś strasznego? A było już blisko biorąc pod uwagę choćby planowany zamach bombowy podczas marszu Równości w Lublinie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























