Do tematu wystawy w Galerii Działań będę jeszcze powracać - na stronach www.terapia.me. Dziś zapraszam do zapoznania się z rozwiązaniami pierwszego zadania literackiego, które powstały podczas wystawy - Zajrzyjcie TUTAJ
wtorek, 25 stycznia 2011
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Sezon 2. Odcinek 4. ZMIANY!!!
Radiowcy firmują projekt fotograficzny? Czemu nie? Zwłaszcza, jeśli tematem konkursu są ZMIANY, a oni aktywnie przygotowywali najważniejszą ZMIANĘ końca ubiegłego wieku.Byłam odrobinę za młoda, żeby uczestniczyć w antykomunistycznej opozycji (w chwili wprowadzenia stanu wojennego miałam 14 lat), ale moi zaledwie kilka lat starsi koledzy ze Stowarzyszenia Podziemnego Radia „Solidarność” aktywnie brali w niej udział. Biegali po dachach budynków stolicy instalując radiowe nadajniki. W ten sposób za pośrednictwem radia Solidarność przekazywali warszawiakom jakże odmienne od podawanych prze reżimowe media treści.
W szalone lata transformacji ustrojowej, które przypadły u mnie na okres wchodzenia w dorosłe życie wkroczyliśmy już razem (jeden z kolegów ze stowarzyszenia współpracował z moim mężem). Niedawno wspominaliśmy tamten czas i nagle naszła mnie refleksja, że jest to okres godny następcy Barei – żałuję, że tak słabo opisany/pokazany w polskiej literaturze i filmie. Zdumiewające typy świeżo „opierzonych” biznesmenów, nie mniej zaskakujące przejawy przedsiębiorczości rodaków, początki komputeryzacji społeczeństwa i Zmiany, Zmiany, Zmiany... Kiedy wybierałam się do apteki – nigdy nie byłam pewna, czy w lokalu, w którym znajdowała się ona jeszcze tydzień wcześniej nie zastanę na przykład... pasmanterii. Galopująca inflacja sprawiała, że czułam przymus wydania stypendium naukowego jeszcze w dniu, w którym je otrzymałam – obawiałam się, że po dwóch tygodniach kupię za te same złotówki połowę mniej.
Choć „era” transformacji (złoty czas dla rodzącego się wówczas biznesu, reklamy itd.) nie był łaskawy dla, takich jak ja, artystów, zaś czas stanu wojennego nie był łaskawy dla nikogo – jestem wdzięczna losowi, że pozwolił mi zobaczyć na własne oczy, jak niemożliwe staje się możliwe. Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale nieomal do ostatniej chwili nikt nie wierzył (przynajmniej ja nikogo takiego nie znałam), że Związek Radziecki przestanie istnieć (na pewno nie za naszego życia!), a ustrój w Polsce upadnie.
Być może to jest właśnie zjawisko, które jakoś naznaczyło nas pokoleniowo – ZMIANA!
Narracja naszego życia nie rozwinęła się w zastanej rzeczywistości, ponieważ świat wokół nas nagle odwrócił się do góry nogami. I to bez rewolucji!
To chyba ten fenomen nadał naszemu pokoleniu pewien... czy ja wiem? Luz? Nonszalancję? A może również niepewność? Bo przecież wszystko może się zdarzyć.
Dziś te zmiany jakby się... „wyczerpały”. Czasem mam wrażenie, że nawet język opisujący społeczno-polityczną rzeczywistość przestał przystawać do otaczającego nas świata.
Dlatego ciekawi jesteśmy, co dalej? Jakich zmian ludzie oczekują dzisiaj? Jakich się boją? O czym marzą? Jakim zmianom chcieliby się przeciwstawić?
Jednym z elementów projektu jest konkurs fotograficzny.
Chcieliśmy również, żeby projekt stał się również swego rodzaju wizualnym wielogłosem na temat ZMIAN (przy zestawieniu radio-fotografia ten oksymoron jest jak najbardziej uprawniony;)). Stąd pomysł na wirtualny Foto album, do którego prace może nadsyłać każdy, kto zgłosił się do konkursu.
Strona www projektu ma być również płaszczyzną wymiany wiadomości o różnego rodzaju imprezach fotograficznych. Tu informacje może nadsyłać każdy, niezależnie od udziału w konkursie.
Zapraszam na stronę naszego projektu: http://www.changes-art.org/
A także na nasz fan page na Facebooku: http://www.facebook.com/Changes.art
Projekt współorganizuje: Stowarzyszenie Podziemnego Radia „Solidarność”.
Nasi partnerzy to:
- Tetenal
- Newsweek
- Digital Camera
piątek, 21 stycznia 2011
ZMIANY!!!
Napisałam w pierwszym odcinku drugiego sezonu, że marzę o zmianach i proszę bardzo - zapraszam na stronę projektu, przy którym współpracuję :)www.changes-art.org
Wkrótce napiszę więcej o genezie tego pomysłu :)
piątek, 14 stycznia 2011
Sezon 2. Odcinek 3. Marcin Dorociński w Kinie Nokowym
fot. Marek Zdrzyłowski
Nie mogę się powstrzymać przed wrzuceniem fotki z ostatniego Kina Nokowego. Film widziałam już wcześniej i dlatego zapragnęłam "podzielić się" nim z nokową publicznością.
Z Marcinem Dorocińskim rozmawiałam po raz pierwszy - fantastyczne spotkanie z ciepłym, pełnym pozytywnej energii człowiekiem.
Więcej na blogu Kina Nokowego.
P.S. Przy okazji - Kino Nokowe zajęło trzecie miejsce w plebiscycie portalu Grodzio.pl na "-"Najlepszą imprezę kulturalną roku 2010"
wtorek, 11 stycznia 2011
Sezon 2. Odcinek 2. Niebo dla psów, czyli modlitwa o duszę
To właśnie wtedy spadła na mnie dramatyczna wiadomość (wyniesiona z lekcji religii), że zwierzęta po śmierci nie idą do nieba, bo, ponoć, nie mają duszy. Przeżyłam szok. Miałam psa o dość nietypowym imieniu Kłopot i doskonale wiedziałam, że obdarzony jest duszą. Poza tym nie mogłam sobie wyobrazić, że nie spotkam się z nim w Niebie. Jak to? Śmierć miałaby rozłączyć nas na wieczność?
Wraz z moja przyjaciółką Magdą (która również rozpoznawała sąsiadów po psach) uradziłyśmy, że każdego wieczora będziemy modlić się o to, żeby zwierzęta po śmierci "szły" do nieba, dokładnie tak jak ludzie. Głęboko wierzyłyśmy, że nasza wspólna, wytrwała i regularna modlitwa otworzy zwierzętom niebiosa.
To co zdarzyło się kilkanaście lat później, czyli moja decyzja o rezygnacji z jedzenia zwierząt to była już tylko konsekwencja tamtych doświadczeń, a może raczej, tamtej wrażliwości. Po prostu... w pewnym momencie musiało dojść do tego.
Dlatego tak trudno mi wytłumaczyć, z jakiego właściwie powodu przestałam jeść mięso. Znajomi czasami pytają, czy kierowałam się względami zdrowotnymi, czy raczej ideologią? Ani zdrowie, ani światopogląd. Po prostu nie mogę jeść istot, z którymi spotkam się kiedyś po tamtej stronie i którym jako dziecko... wymodliłam wstęp nieba.
Nie mogę, co prawda, mieć pewności, jak na moje prośby zareagował Bóg, lecz w swoim dziecięcym umyśle naprawdę otworzyłam pozaludzkim istotom wejście do Nieba.
niedziela, 9 stycznia 2011
Życzenia Noworoczne
To przeciwieństwo życzeń, które są bardzo przemyślane i stanowią efekt uboczny pracy nad nową powieścią.
A więc... do rzeczy, to znaczy do życzeń...
środa, 5 stycznia 2011
Sezon 2. Odcinek 1. Marzenia
Plik z książką (zgodnie z przewidywaniami) odzyskany. Laptop zaś u kolejnego "lekarza" od komputerów (poprzedni zaśpiewał tyle za naprawę, że bardziej opłacałoby się kupić nowy). Kiedy dwa dni temu zgrywałam plik z książką na pendriva i nowy "uzdrowiciel" odpalił mój dysk na swoim kompie ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie. Jakbym wraz z tym dyskiem oddawała mu dostęp do swojego intymnego świata. To nic, że najbardziej osobiste zapiski wciąż robię ręcznie. Nagle poczułam, że to, co zostało w moim laptopie odsłania mnie bardziej niż bym sobie tego życzyła. Zapisane w formie zdjęć, notatek, pomysłów plany, idee, marzenia... pozwalają zajrzeć nie tylko do pamięci mojego komputera... pozwalają obejrzeć moje myśli.
Nie sadzę, co prawda, żeby młody i sympatyczny człowiek, który zajął się moim laptopem miał czas i chęci, żeby analizować zawartość mojej "zewnętrznej pamięci", ale prawdę mówiąc, poczułam się trochę nieswojo.
A propos marzeń (tych zapisanych w "pamięci zewnętrznej" i wewnętrznej) - spec od kompów jest paralotniarzem i wygląda na to, że przy okazji tego niefortunnego zdarzenia zrealizuję jedno z niezrealizowanych i polatam sobie na paralotni. Chociaż, czy naprawdę można nazwać je marzeniem skoro przez całe życie nie zrobiłam nic, żeby je zrealizować. Musiałam zalać kawą laptopa, żeby przejść do konkretów.
Zajrzałam dziś na bloga Małgosi Piekarskiej - tam również o marzeniach (przy okazji postanowień noworocznych). Małgosia pisze, że plany i marzenia to dwie różne rzeczy, ponieważ realizacja planów zależy od nas, a marzeń - niekoniecznie, często zależą one od innych osób. Dlatego zapewne rzeczownik "marzenia" łączy się najczęściej z czasownikiem "spełniać", a rzeczownik "plany" z czasownikiem "realizować". Nie da się ukryć, że realizacja/spełnienie lotu paralotnią bardziej zależy ode mnie niż od innych.
Zabawne - książka, którą teraz piszę również traktuje o marzeniach, a konkretnie o moim ambiwalentnym do nich stosunku. Uświadomiłam sobie właśnie, że marzenia to dla mnie jeden z głównych tematów ostatnich lat: Warsztaty Wirtualnego Urzeczywistniania Marzeń w mojej "www.terapii", a także pierwszy wpis na tym blogu.
Zbieg okoliczności sprawił, że wczoraj ktoś chciał zrealizować swoje... no, może nie marzenie, raczej nagłą zachciankę. Jednak to, czy tak się stanie zależało również ode mnie. Nic z tego nie wyszło, ponieważ wiele, wiele lat temu spełniło się w moim życiu coś o czym właściwie nie marzyłam i dziwnym trafem moje nie-marzenie stało się dla mnie ważniejsze od marzeń. A pragnienie owego ktosia uderzałoby w moje trwające od lat niewymarzone spełnienie. Trochę się zaplatałam, ale chyba już rozumiecie mój ambiwalentny stosunek do marzeń.
Z drugiej strony - myśląc o własnych postanowieniach noworocznych zdałam sobie sprawę, że bardziej postawiłam w nich na plany niż marzenia; na rozsadek niż emocje - może dlatego niewiele z nich wyszło. Następnym razem będę dostosowywać plany do marzeń. Spełniać marzenia realizując plany, a jeśli przy okazji spotka mnie jakieś niewymarzone spełnienie tym lepiej.
P.S. Kończę książkę i zmieniam temat z "marzeń" na... "ZMIANY". Marzę o ZMIANACH.
czwartek, 30 grudnia 2010
Sezon 1. Odcinek 126. Komp i kawa, czyli, co może się wydarzyć kiedy połączysz ze sobą dwa ulubione nałogi ;)
Gdybym miała poszukać racjonalnych przyczyn końcoworocznego pecha to pierwszym, co przychodzi mi do głowy jest dół, który mnie w tym czasie ogarnia i związane z nim roztargnienie. Zbyt dużo chyba słucham radia, w którym mnóstwo podsumowań, rankingów itp.
Miałam zamiar olać tę tendencję, ale nie do końca mi się to udało. Może dlatego, że na początku mijającego roku po raz pierwszy od lat, a może nawet od początku swojego życia, przygotowałam sobie postanowienia noworoczne - nie wiem, czy choć jedno zrealizowałam.
Tak, tak, wiem, lepiej skupić się na tym, co się udało (a doprowadziłam do końca kilka bardzo fajnych, choć nieujętych w styczniowych planach działań), niż koncentrować się na niezrealizowanych planach, zwłaszcza, że większości z nich nawet nie żałuję. No ale widać pod koniec grudnia moja "szklanka jest do połowy pusta". Wczoraj to nawet dosłownie. To znaczy nie tyle szklanka, co kubek z kawą i nawet nie do połowy, bo aż tyle nie wylałam na klawiaturę. Wystarczająco jednak dużo, by laptop odmówił współpracy. Z rozpaczą patrzyłam jak gaśnie monitor, a wraz z nim znika dostęp do zapamiętanych w komputerze słów, obrazów i kontaktów mailowych. Było szczególnie przykre z uwagi na fakt, że jednym z ulegających zapomnieniu tekstów jest książka, którą muszę do końca stycznia dokończyć.
Potem nastąpiła intensywna, lecz nieskuteczna akcja reanimacyjna oraz internetowe i telefoniczne konsultacje, pomimo których, jako osoba niedoświadczona w zalewaniu laptopów płynami, popełniłam parę błędów.
Wreszcie w towarzystwie syna pojechałam do najbliższego (czy również najlepszego - to się okaże punktu serwisowego). Wracając wpadłam w poślizg, dwukrotnie się zakopałam i obtarłam lakier, co tez ma swoje logiczne (nie magiczne) uzasadnienie. Mąż pojechał do Warszawy samochodem z zimowymi oponami, więc musiałam wziąć, odebrany niedawno z autko na letnich gumach, a podwarszawskie boczne dróżki pełne są niespodzianek.
Komputer został w "szpitalu dla laptopów". Stan jego zdrowia wciąż jeszcze nie jest mi znany. Na szczęście niezmiernie rzadko w takich sytuacjach uszkodzony zostaje dysk, więc to, co zapamiętał najpewniej jest do odzyskania.
Jest jeszcze jedna jasna strona tego wydarzenia. Zawsze wiedziałam, że mam bardzo fajnego syna, ale wczorajsza sytuacja pozwoliła mi doświadczyć tego w całej rozciągłości. Super-aktywność (i kreatywność) podczas "akcji ratunkowej", wsparcie psychologiczne :), wypychanie samochodu z muld i zasp, a przede wszystkim fakt, że w jednej chwili porzucił wszystkie swoje rozliczne zajęcia, żeby mi pomóc. No i kto by się w takich okolicznościach nie wzruszył.
Wzruszyła mnie również moja mama, która natychmiast chciała kupować mi nowego laptopa.
Wymieniam więc swoją szklankę na "do połowy pełną" i (bynajmniej nie w ramach postanowień noworocznych, tylko ot tak) obiecuję wprowadzić procedury zabezpieczające kompa podczas picia kawy - bo trudno mi sobie wyobrazić pisanie książek bez kubka gorącej kawy.
wtorek, 28 grudnia 2010
Sezon 1, Odcinek 125. Marzycielska Geometria i Fabryka Nieskończoności (11)
Ciąg dalszy odcinków 48, 50, 52, 54, 73, 77, 87, 97 , 107 i 122.
Początkowo prześwity jedynie zastępowały linie występujące w poprzednich kompozycjach. Zamiast rysować kreskę przechodzącą od brzegu do brzegu kartki, po prostu ją wycinał. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że nieważne czy linia jest prosta, czy nie, byle była nieskończona; później zaś jeszcze bardziej zminimalizował swoje wymagania, uważając, że istotne jest tylko to, by wyprowadzała wzrok oglądającego poza format obrazu – wrócił do jeszcze wcześniejszych motywów. Pracowicie wycinał w papierze spirale, koncentrycznie rozchodzące się okręgi, kompozycje składające się z kół i linii, pionowe i poziome pasy, formy utworzone przez rozchlapany uprzednio na papierze tusz... Później budował specjalne blejtramy, które stanowiły swego rodzaju układanki łatwe do prezentowania na ziemi lub podłodze, lecz kłopotliwe przy eksponowaniu w pionie.
Element konstrukcyjny, czyli prześwity, dopełniały formy utworzone przy pomocy nadal używanych i doprowadzonych już niemal do perfekcji technik automatycznych.
Dość długo szukał kompozycji, która uzasadniałaby stosowanie tego typu wyciętych, bądź też w przypadku szkła niezamalowanych linii. Pierwszym tego typu obrazem, który zaprezentował publicznie, było pomalowane na czarno płótno z przebiegającą centralnie, wyciętą pionowa linią eksponowane w plenerze i powieszone obok czarnego walca (o którym już pisałam) i który zapoczątkował serię „nieskończoności”. Słomiński pragnął w ten sposób zwrócić uwagę na dwie całkowicie sobie przeciwstawne postawy, dwa sposoby dążenia do nieskończoności. Jeden („nieskończoność wewnętrzna” czyli czarny walec) introwertyczny, egocentryczny – znak zamknięcia się na resztę świata, odgrodzenie od niego, budowanie złudzenia. Drugi, bardziej wschodni, to zjednoczenie się z otaczającą nas rzeczywistością, z ta chwilą, w której akurat żyjemy, bycie tu i teraz. Mroczne wnętrze z majaczącą w nim nieskończonością i wibrująca od poruszających się liści i i chmur linia przechodząca przez czerń i wtapiająca się w tło.
czwartek, 23 grudnia 2010
Rumak dla Mikołaja
Konik na biegunach był kiedyś rumakiem mojego męża. Przeleżał wiele lat na strychu. Wydobyty z niepamięci podczas remontu dachu trafił do naszego domu. Syn był już wówczas za duży na tego typu zabawki, ale nie ja :) Spojrzałam na drewnianego konika i z miejsca go pokochałam. A że miłość uskrzydla postanowiłam... dodać mu skrzydeł. Dzieła przemiany dokonał (na moją prośbę) znany ze swych stolarskich (i nie tylko) talentów Wojtek Kopacewicz. I tak oto narodził się drewniany pegaz na biegunach - pegazik na biegunach :)
Co prawda wraz z metamorfozą utracił swą pierwotną funkcję stając się obiektem totalnie niepraktycznym (dziś nikt nie jest w stanie na nim się bujać (chyba tylko jakieś krasnoludki). No ale cóż, tak to już z dorabianiem skrzydeł bywa. Ja i tak go uwielbiam.
Towarzyszył spotkaniom literackim.
„Firmował” organizowane przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich „Rozmowy na Biegunach”. środa, 22 grudnia 2010
Sezon 1, Odcinek 124. Tak zawany "żywy karp"
Wiem, wiem... w tym momencie odezwą się obrońcy tradycji. Zaiste prehistoryczna to tradycja pochodząca z aż zamierzchłych czasów PRLu i nadzwyczaj chrześcijańska - wiadomo przecież, że w czasach PRLu nadzwyczaj kultywowano chrześcijańskie zwyczaje, a składanie krwawej ofiary ze zwierząt jest nieodzownym elementem chrześcijańskiej praktyki.
Proszę mi wybaczyć ironię, ale bardzo często argument o świątecznej tradycji "żywego karpia" (ja bym powiedziała "ledwie żywego") pada z ust, osób, które się do chrześcijańskiej tradycji przyznają, co więcej, czują się jej strażnikami.
Skąd potrzeba osobistego zabicia ryby przed świętami w naszym katolickim kraju? Czyżby mieszkał w nim jakiś nienaturalnie wysoki (na tle innych populacji) odsetek ludzi czerpiących przyjemność z zabijania zwierząt? Nie sadzę - choć zapewne są i tacy. Jednak z tego, co zdołałam zaobserwować, dla wielu "strażników tradycji" jest to niezbyt przyjemny obowiązek. Z pewnością wśród nich wielbicieli "żywego karpia" są również tacy, którym nawet nie przyjdzie do głowy, że walnięcie w głowę ryby jest pozbawieniem jej życia, traktują to raczej w kategorii czynności kulinarnych.
Słuchałam wczoraj audycji radiowej, której gość (kucharz) upatrywał przyczyn tego stanu rzeczy w nieufności konsumenta do sprzedawcy - na zasadzie: "A skąd wiadomo, czy ten filet z karpia jest naprawdę świeży?". No ale przecież inne ryby kupuje się martwe i, w dodatku, często muszą one przebyć do nas bardzo długą drogę.
Moim zdaniem przyczyna jest głębsza i wynika z głęboko skrywanych atawizmów, które cofają nas do zamierzchłych czasów, w których krwawe ofiary były elementem religijnych rytuałów. Dlatego, obawiam się, trudno będzie z tradycją "żywego karpia" walczyć.
Mam pewno sporo wad, ale z pewnością nie należą do nich skłonność do indoktrynacji i potrzeba nawracania na "jedynie słuszne poglądy". Uważam, że każdy ma prawo do swoich wyborów, nawet moi najbliżsi. Wiedzą o tym mój syn i mąż, którzy do dziś jadają ryby, choć ja, od lat 17-stu lat, jestem wegetarianką. Również ogromna większość moich znajomych jada mięso.
Tak naprawdę główny problem nie polega na tym, że karpia przed zjedzeniem trzeba zabić. To trzeba zrobić z każdym zwierzęciem (jeszcze by tego brakowało, żeby jadano je "na żywca"). Najgorsze jest to, co dzieje się z nim przedtem.
- To prawdziwy holokaust - powiedział wczoraj kolega, zadeklarowany mięsożerca podczas wczorajszej "pracowej" choinki.
Opisywane już ciasne, nieomal pozbawione wody pojemniki, transport duszących się ryb w foliowych torebkach. To już nie atawizm - tylko wygoda (kto będzie sobie zawracał głowę wiaderkiem z wodą?). I chęć zysku - która paradoksalnie, jak sądzę, prowadzi do strat - bowiem w ramach tradycji "żywego karpia" nikt nie zechce kupić ryby, która zdechła.
Właściwie powinnam w tym miejscu napisać jakieś zgrabne podsumowanie posta, przedstawić jakieś rady, pomysły, sugestie, no ale nie mam na nie pomysłu. Pozostawiam więc temat otwarty.
wtorek, 21 grudnia 2010
Sezon 1, Odcinek 123. Zamiast życzeń
W tym roku jakoś mało u mnie (przynajmniej do tej chwili) przedświątecznych klimatów, więc chociaż tyle... :)
PRZEDŚWIĄTECZNA GORĄCZKA
Z powodu przedświątecznej gorączki mama robi się odrobinę nerwowa.
Ja w ogóle nie jestem nerwowa przed świętami, ponieważ uwielbiam Boże Narodzenie.
Po pierwsze, ze względu na prezenty. Już kilka tygodni przed Wigilią zaczynamy z Kacprem przekopywać dom w poszukiwaniu pakunków, które ukrył przed nami Mikołaj (tak to tłumaczę Kacprowi). A że Mikołaj jest świetnym ukrywaczem, dlatego przeważnie nie udaje się nam niczego znaleźć. Ale to nic, i tak się świetnie przy tym bawimy.
Po drugie, dlatego, że po kolacji wigilijnej idzie się do kościoła o dwunastej w nocy. Na Pasterkę. Ale co za pech, ja jeszcze nigdy na Pasterce nie byłam. A wszystko przez tę przedświąteczną gorączkę. Później ci to dokładniej wytłumaczę.Po trzecie, ze względu na ozdoby choinkowe. Moja mama nie za bardzo lubi gotować, dlatego zamiast siedzieć w kuchni i lepić pierogi, siedzi w kuchni i lepi z nami ozdoby choinkowe. Sprawami kulinarnymi zajmują się przeważnie babcie, u których co roku jemy kolację wigilijną (a właściwie dwie kolacje, ponieważ mam dwie babcie).
Tata, który uwielbia gotować, ma przed świętami mnóstwo roboty, czyli poligraficzną gorączkę przed końcem roku:
– Urwanie głowy – wzdycha. – Wszyscy na wyścigi wydają pieniądze przed pierwszym stycznia.
Tata wytłumaczył mi, że to z powodu jakiegoś budżetu. Żeby im tego budżetu nie zmniejszyli w następnym roku. Dlatego muszą szybciutko wydrukować masę niepotrzebnych ulotek, których projektowaniem zajmuje się mój tata.
Z budżetami to chyba normalne przed świętami. Bo kiedy widzę ludzi w supermarketach, też odnoszę wrażenie, że się ścigają kto więcej wyda. Tyle tylko, że zamiast drukować ulotki, kupują tony jedzenia i innych rozmaitości. Ot taka przedświąteczna gorączka!
Ale o czym to ja mówiłam? Aha o ozdobach na choinkę! Uwielbiam robić z mamą ozdoby choinkowe. Siadamy sobie wieczorem w kuchni. Ja, mama i Kacper. Mama wyciąga mąkę i sól. I ugniatamy specjalne ciasto. Mama nazywa to masą solną. Potem mama rozdaje nam to ciasto. I dodatkowo jeszcze glinę. A Kacprowi tylko masę, która jest nieszkodliwa w przypadku połknięcia, a poza tym mniej Kacprowi smakuje niż glina. W końcu mama wyciąga z szuflady wałek do ciasta i foremki do pierniczków. Z rozwałkowanej masy solnej i gliny wycinamy gwiazdki, aniołki i domki. Nawet Kacper umie wyciąć taką gwiazdkę. I potem jest strasznie dumny, że sam zrobił choinkową ozdobę. Czasem mama lepi aniołki bez użycia foremki. I te są najpiękniejsze.
– Zupełnie cię nie rozumiem – powiedziałam mamie niedawno. – Skoro nie lubisz gotowania, to po co robisz te wszystkie kulinarne rzeczy, jak ugniatanie ciasta, wałkowanie i wycinanie pierniczków z gliny... I na dodatek o wiele trudniejsze, bo przecież łatwiej ulepić pieroga niż aniołka.
Mama się roześmiała, a tata, który stał w drzwiach powiedział:
– No wiesz Zuziu. Sam nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale waszej mamie dużo lepiej wychodzą niejadalne rzeczy.
Później wszystkie te gliniane ozdoby mama zanosi do koleżanki, która ma piec ceramiczny. Bo takie ozdoby też trzeba upiec. Zupełnie jak pierniczki. Tyle, że one, to znaczy te ozdoby, potrzebują ogromnej temperatury, którego nie da się uzyskać w normalnym piekarniku. Dlatego mama co roku przed wigilią odwiedza swoją koleżankę. I to jest super, bo ta koleżanka, prócz pieca ma również córkę w moim wieku. Bardzo fajną.
Potem znów siadamy przy kuchennym stole, malujemy nasze ozdoby i poprzyklejamy do nich rozmaite rzeczy, np. ziarenka pieprzu i kolorowe fasolki, albo świecidełka i koraliczki, żeby były jeszcze piękniejsze. Mama przeważnie przykleja ziarenka, a my z Kacprem wolimy świecidełka i używamy mnóstwo złotej farby.
Nasze ozdoby okropnie się wszystkim podobają. Co roku rozdajemy je babciom, ciociom, wujkom i kuzynom.
Nie wiem dlaczego, ale to bardzo miłe mieć tradycyjną mamę, która przed Świętami mnóstwo czasu spędza w kuchni.
Najbardziej jednak lubię to, że Wigilia co roku wygląda prawie tak samo.
Najpierw składamy sobie życzenia w domu, pod pięknie przystrojoną choinką, dzielimy się opłatkiem i wyciągamy spod choinki prezenty. Nawet nasze zwierzaki wyciągają. To znaczy trochę im w tym pomagamy.
Potem jedziemy na dwie wigilie: do babci Zosi i do babci Tereski i spotykamy się tam z ciociami, wujkami, kuzynami i nigdy nie mogę się doczekać tych spotkań, bo rzadko widuję te ciocie, wujków i kuzynów. I znów dzielimy się opłatkiem. I składamy sobie życzenia. I śpiewamy kolędy. I jemy pyszne wigilijne jedzonka. A ja najbardziej lubię śledzika i suszone grzyby panierowane w cieście z podsmażaną cebulką. I znów wyciągamy prezenty spod choinki. A potem każdy pokazuje, co dostał. I jest przy tym kupę śmiechu.
Później razem z Kacprem, kuzynkami i kuzynami bawimy się prezentami, a dorośli sobie gadają.
Tak się to odbywa co roku, o ile nie wynikną jakieś komplikacje, ponieważ ponieważ przed Świętami wciąż nam się przytrafiają różne problemy zdrowotne, czyli tak zwana przedświąteczna gorączka. To taka nasza świąteczna tradycja. Dlatego lekarze z „Całodobowej Pomocy Medycznej” z Leśniewa dość często mają zepsute Boże Narodzenie.
W zeszłym roku na przykład wróciliśmy z Wigilii dość późno. Senni i zmęczeni, ale w dobrych humorach, bo, o dziwo, nie spotkały nas przed świętami żadne urozmaicenia zdrowotne. Ale jest przecież powiedzonko: Ten płacze, kto płacze ostatni, czy coś takiego. I nam się właśnie to przytrafiło. Już myśleliśmy, że Święta miną bez komplikacji, a tu nagle:
– Aaaaaaaaa!!!!!
Myślałam, że to Święty Mikołaj się rozpłakał. Ale on miał zamknięte usta. Dobrze to widziałam, bo akurat podgolił sobie wąsy. A z zamkniętymi ustami trudno wytwarzać takie dźwięki. Potem Święty Mikołaj znikł. A jego zniknięcie spowodowane było tym, że się obudziłam.I okazało się, że „Aaaaaaaaa” wydobywa się z pokoju Kacperka. Mój biedny braciszek siedział na łóżku, szarpał się za ucho i rozmazywał sobie po twarzy gile zmieszane z łzami.
Tata „przyłożył Kacprowi termostaty”. Tak mówimy, kiedy tata dotyka czyjejś głowy, żeby sprawdzić temperaturę. Bo tata jest w tym świetny, prawie tak dobry jak termometr. Po czym oznajmił z westchnieniem:
– Przedświąteczna gorączka przyszła w tym roku z lekkim opóźnieniem.
– To pewno zapalenie ucha – wystraszyła się mama. – Czy nie za wcześnie? Zuzia zaczęła chorować na uszy dopiero w przedszkolu.
I żeby nie tracić czasu na dojazd do Warszawy pojechaliśmy do Leśniewa.
Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że lekarze z „Całodobowej Pomocy Medycznej” Wigilię też chyba obchodzą całodobowo. Pomimo późnej pory wciąż byli u nich goście. Zresztą zawsze, kiedy ktoś z nas choruje oni mają gości.
Pan doktor potwierdził jej diagnozę mamy. Kacper miał zapalenie ucha. Nie rozumiem, po co mama chodzi z nami do lekarza, skoro sama potrafi rozpoznać wszystkie choroby. Chyba tylko po recepty, bez których nie można wykupić specjalnego lekarstwa w całodobowej aptece, której bardzo długo nie mogliśmy znaleźć. Dlatego wróciliśmy do domu kompletnie wycieńczeni.
Muszę jednak przyznać, że lekarstwo zadziałało wprost fantastycznie. Pewno dlatego z samego rana poczułam, że ktoś gramoli się na moje łóżko. To mój braciszek postanowił poczęstować mnie czekoladką ze swojej świątecznej paczki. Byłam wykończona po nieprzespanej nocy, ponieważ nie zażyłam żadnych lekarstw, które z miejsca stawiają człowieka na nogi. Poza tym mój organizm dużo starszy niż organizm Kacpra regeneruje się o wiele wolniej. Wymknęłam się więc do sypialni rodziców licząc, że ich organizmy (okropnie stare) będą się regenerować co najmniej do godziny dziesiątej. Starannie zamknęłam za sobą drzwi i po chwili znów odwiedził mnie Święty Mikołaj. Wąsy zasłaniały mu usta, dlatego trudno mi było zrozumieć, co mówi.
– Mas, pysne, dobje, mniam, mniam... – tłumaczył wyciągając do mnie rękę z jakimś syropem, na którym widniał napis „Lekarstwo na wszystko. Na regenerację też.” A zamiast czerwonego ubranka miał na sobie biały kitel lekarski. I był strasznie wypachniony. Szkoda tylko, że użył jakichś przeterminowanych perfum. Zapewne dostał je w prezencie jakieś 100 lat temu. Zrobiło mi się szkoda biednego Mikołaja, że nie ma pieniędzy na porządne perfumy. Dlatego postanowiłam, że w przyszłym roku kupię mu pod choinkę dezodorant. Ale od tego smrodu tak mnie zemdliło, że się obudziłam. Najdziwniejsze było to, że odór nie zniknął wraz z Mikołajem. I kiedy otworzyłam oczy okazało się, że wydobywa się z ust roześmianego Kacpra. W jednej ręce trzymał on lokomotywkę, a w drugiej na wpół zjedzonego czekoladowego Mikołajka. Mikołajek zrobił na mnie dość dziwne wrażenie. Nie chodzi o to, że Kacper niezbyt dokładnie odwinął go z błyszczącego papierka, którego strzępy sterczały mu między zębami. Chodzi o kolor czekolady: trochę białawy, trochę żółty, trochę zielonkawy. I o zapach – dokładni taki sam jak zapach perfum Mikołaja z mojego snu.
–Dobje, mniam, mniam... – oświadczył radośnie Kacperek. – Pejek gjodny...- dodał, wyciągając do mnie rękę ze śmierdzącą czekoladą.
A ja poczułam nagle, że muszę natychmiast musiałam udać się do ubikacji.
– Dobrze córeczko, dobrze – powiedziała do mnie mama, która właśnie się obudziła i przecierając zaspane oczy przyczłapała za mną do łazienki. – Powinnaś oczyścić żołądek z tego świństwa. Ale co ci przyszło go głowy, żeby jeść zepsutą czekoladę.
– Mamo, ale to Kacper zjadł... Ja jej nawet nie ruszyłam. Jeszcze nie zwariowałam.
– Jak to?! – zdumiała się mama. – To dlaczego...
I nie czekając na moją odpowiedź pobiegła do Kacpra. Razem z tatą, który właśnie się obudził.
Najpierw próbowali go nakłonić, żeby uczynił z zawartością swego żołądka to samo, co ja przed chwilą. Ale on się nie dawał.
Potem dość długo debatowali, co zrobić. Nie mogli wezwać pogotowia, ponieważ Kacper był w świetnej formie.
I wyszło na to, że trzeba zadzwonić do Leśniewa.
– Oni coś nam poradzą – powiedział tata.
Pan doktor poradził, żeby nic nie robić, tylko obserwować. Przez cały dzień trwała gorąca gorąca linia między Brzezinem a Leśniewem.
Nie wiadomo skąd wziął się zepsuty Mikołajek. Zapakowany wyglądał zupełnie normalnie. I data ważności też była aktualna. Faktem jest, że napsuł nam zdrowia, a najbardziej mi, i przez calutki dzień musiałam być na diecie. Ale tym z Leśniewa też dał się we znaki. A najmniej Kacprowi.
– Ten dzieciak ma żelazny żołądek – wzdychał tata, któremu ze zdenerwowania odezwały się wrzody dwunastnicy.
W poprzednich latach przedświąteczna gorączka tez dała się nam we znaki. A najbardziej kilka lat temu. Kacpra jeszcze wtedy nie było na świecie. I, co za pech, prawa jazdy mojej mamy też nie.
A było to tak, że tata dostał gorączki przed świętami. I nie mógł pojechać z nami na wigilie do babć. Nie chciałam go zostawiać samego w domu, ale on powiedział:
– Kiedy wrócicie, chętnie podzielę się z wami opłatkiem. Teraz marzę tylko o jednym: o ciepłym łóżeczku i śnie.
– Przywieziemy Ci prezenty i te wszystkie pyszności, które, mniam, mniam przygotowały babcie- obiecałam.
– Za prezenty dziękuję. Ale pyszności... prawdę mówiąc nie jestem pewien, czy będę w stanie coś przełknąć.
Do babć zawiózł nas (a potem odwiózł do domu) jeden z wujków. Ale on też nie był w zbyt dobrym humorze, ponieważ pokłócił się z żoną. I stanęli na skraju rozwodu. I to pomimo Świąt Bożego Narodzenia, które »...jednoczą wszystkie zwaśnione strony» – jak powtarza babcia Tereska.
I babcia miała rację, bo wujek z ciocią później się pogodzili. Ale kiedy wujek wiózł nas na Wigilię nie mógł przecież o tym wiedzieć.
U babć byliśmy bardzo krótko. I czułam, że nie jest mi tak wesoło jak zwykle, chociaż dostałam mnóstwo świetnych prezentów, a jedzonko było jeszcze pyszniejsze niż zwykle. To straszny pech, że tata stracił apetyt akurat w takim momencie.
Inni też tacie współczuli i prosili, żeby go pozdrowić i życzyć wszystkiego dobrego. I wcale się nie dziwili, że chcemy szybko wracać do domu.
Jakby tego wszystkiego było mało, w domu rozbolał mnie brzuch. Okropnie! Po prostu skręcałam się z bólu!
Ponieważ tata był chory i nie mógł zawieźć mnie na ostry dyżur, rodzice zdecydowali się wezwać pogotowie.
Wkrótce przyjechała karetka z pobliskiego miasteczka. Zbadano mój brzuch i wypisano skierowanie do szpitala:
– Najlepiej będzie jeżeli pojadą państwo do Warszawy. Na ostry dyżur. Dziecku trzeba zrobić specjalistyczne badania.
– Ja się w końcu kiedyś wykończę! –westchnął tata.
Łyknął dodatkowe proszki na gorączkę, ubrał się i pojechaliśmy.
W samochodzie poczułam się lepiej. A nim dotarliśmy na miejsce, całkiem wydobrzałam. Chcę ci w tym miejscu uświadomić sobie, że historia przydarzyła w dawnych czasach. Kiedy jeszcze byłam nadpobudliwym dzieckiem. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko wypuścili mnie z samochodu zaczęłam biegać jak szalona po szpitalnych korytarzach.
Pani z recepcji patrzyła na nas trochę dziwnie. A rodzice mieli takie miny, jakby nie byli za bardzo zadowoleni, że mi się polepszyło. Czułam, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałam co. Jednak koniecznie chciałam naprawić błąd, jakim była nagła poprawa samopoczucia, więc kiedy tylko weszliśmy do gabinetu spytałam panią doktor:
– A co to jest RNA?
Chciałam jakoś rozładować sytuację. Poza tym czasami lubię robić wrażenie nadmiernie inteligentnego dziecka. I to było bardzo dobre pytanie dla lekarza. Bo RNA to jest takie coś w człowieku, okropnie genetyczne, bo widać tylko pod mikroskopem. Nie rozumiałam więc dlaczego pani doktor zrobiła zdziwioną minę.
– RNA? A czy twoja ciocia jest genetykiem? – odpowiedziała pytaniem na pytanie przyglądając się badawczo mojej mamie.
Prawdę mówiąc nie wiedziałam, czy któraś z moich cioć zajmuje się genetyką.
– Nie – odpowiedziała za mnie mama. – Nie mamy w rodzinie żadnego genetyka.
– Bo wie pani – zwróciła się lekarka do mamy – Byłam ostatnio na Sympozjum Naukowym i jedna z uczestniczek, pani profesor, była bardzo do pani podobna, tyle tylko, że nieco starsza.
– Więc co z tym RNA? – nie dawałam za wygraną.
– RNA to... jakby ci tu powiedzieć... cząsteczki RNA to łańcuchy polinukleotydowe... – zaczęła pani doktor spokojnie.
Ale potem, nie wiedzieć czemu okropnie się zdenerwowała.
–Chyba nie przyjechała pani do szpitala, w wigilijny wieczór, żeby wyjaśnić dziecku, co to jest RNA.
Strasznie nerwowa okazała się ta lekarka. Więc mama czym prędzej wyciągnęła skierowanie od lekarza z pogotowia.
Po wykonaniu specjalistycznych badań okazało się, że jestem całkiem zdrowa.
Pani doktor wyjaśniła, że pewno dostałam kolki, czyli okropnego bólu brzucha ponieważ zjadłam za dużo grzybków z podsmażaną cebulką.
– Albo przez nerwy – powiedziała mama do taty, kiedy wyszliśmy wreszcie ze szpitala. – Strasznie nerwowa Wigilia w tym roku.
Nerwy. Teraz już chyba się nie dziwisz, że moja mama przed świętami zawsze jest odrobinę niespokojna. Wszystko z powodu przedświątecznej gorączki.
Ale w tym roku, nie uwierzysz co za szczęście, nic się nie wydarzyło. Żadnych urozmaiceń zdrowotnych.
Tylko to, co zwykle: dzieliśmy się opłatkiem, rozdawaliśmy ozdoby choinkowe, zjadłam mnóstwo grzybków z cebulką i dostałam fantastyczne prezenty.
Wszystko odbyło się tak, jak co roku. Z jedną jedyną różnicą. O dwunastej w nocy poszłam na Pasterkę. Po raz pierwszy w życiu. Przedtem zawsze mi przeszkadzała jakaś przedświąteczna gorączka.